Przygody N. #1: przymierzalnia w Arkadii

Już teraz, na początku, nie mam żadnych wątpliwości – ten fotograficzny cykl nie trafi do wszystkich. Będzie spontaniczny, „brudny” technicznie, dziwaczny i sprośny, a także hardkorowy, jeśli chodzi o dobór „studiów fotograficznych”, w których będą odbywać się sesje. Będzie nazywał się bardzo prosto: „Przygody N.”, ze względu na to, że fotograf zdecydował się pozostać, przynajmniej na razie, anonimowy. Ja przyjmę w tych tekstach rolę narratora użyczającego słów N., który woli fotografować, niż pisać.

Warszawa Centralna. Inka odbiera N. z dworca. Jest deszczowy dzień, niebo ciemne i zachmurzone, leje jak z cebra. Chwilę później N. jest przemoczony, rodzi się w nim pomysł: „pójdźmy do galerii i zróbmy tam coś pojebanego”. Pierwsza duża przymierzalnia, jaką znajdują była w dziecięcym sklepie. N. się to podoba, ale jest problem – nie domykają się drzwi. Rezygnują. Chodzą dalej po galerii, zostawiając na podłodze mokre ślady po butach. N. jest obładowany dużą i ciężką sportową torbą ze sprzętem; jest ciepło, zaczynają się pocić. W końcu znajdują w H&M dużą przymierzalnię. Inka rzuca, że pójdzie po jakieś ubrania, a potem znika, dosłownie na kilkadziesiąt sekund, wracając obwieszona ciuchami.

„Zaczęliśmy sesję, Inka przymierzyła chyba tylko jedną marynarkę” – opowie później N. „Flesz strzelał, modelka była goła, przerwa między podłogą a drzwiami była duża. Ciągle coś w kabinie przesuwaliśmy, no i cały czas ten flesz i nasz śmiech, flesz i śmiech, flesz i śmiech. W końcu ktoś pod drzwiami zaczął głośno komentować. Z początku olaliśmy, to było tak szybko, dopiero się rozkręcaliśmy, ale on coraz bliżej stawał i głośniej komentował. Zdaliśmy sobie sprawę, że to ochroniarz sklepu, stał pod wejściem. Postanowiliśmy spuścić z tonu, on był coraz bardziej chamski i bezczelny, musieliśmy wyjść”.

Kiedy wychodzą, N. spogląda na niego – chudego, wysokiego, obślinionego pajaca, któremu ucieka wzrok. Tamtego dnia więcej zdjęć już nie zrobią.

1 komentarz

Dodaj komentarz