Ile twarzy ma tajfun? Jaki Bukowski wyłania się z jego listów? Ile jajek na twardo zjadł inspektor Ignaz Braun?

„Radar książkowy” to nowy cykl, który będziemy prowadzić z Olą Wilk. Nasze wrażenia z czytania książek. Cytaty, które zrobiły na nas szczególne wrażenie. Skojarzenia, jakie się pojawiły. Nowe odcinki będą się pojawiać co dwa tygodnie, na przemian mój i Oli, czyli od każdego z nas jeden miesięcznie. Gatunkowo to będą rzeczy bardzo różne. Biografie. Reportaże. Literatura piękna. Komiksy — te dla dzieci i dla dorosłych. Kryminały. Listy. Powieści przygodowe. I inne, które teraz nie przychodzą mi do głowy.

„TWARZE TAJFUNU. O POSZUKIWANIU SZCZĘŚCIA NA FILIPINACH”, MAŁGORZATA SZUMSKA, 2016, CZARNE

Dla większości Polaków Filipiny są skojarzeniową białą plamą na mapie; nierzadko do tego stopnia, że nawet nie wiedzieliby gdzie na globusie położyć palec, żeby je wskazać. To samo w sobie jest wystarczającym powodem do sięgnięcia po „Twarze tajfunu”. Od czego są reportaże, jeśli nie od wypełniania białych plam? Ale do rzeczy. W 2013 roku przez Filipiny przeszedł supertajfun Haiyan, na wyspach zwany Yolandą. Dla Filipińczyków tajfuny to nic nowego, ale ten był potężniejszy, niż jakikolwiek wcześniej. Zdmuchnął ich domy. Rozrzucił ciała ludzi i zwierząt, przez co jeszcze długie miesiące znajdowali zwłoki. Ludzie potracili domy, prace, dobytek, normalne życie. Małgorzata Szumska poleciała na Filipiny jako wolontariuszka YPDR, bo chciała im pomagać. Na miejscu robiła wiele rzeczy — odgruzowywała, robiła wywiady środowiskowe, rozśmieszała dzieciaki występami teatru lalkowego, czyściła rany, prowadziła sesje terapeutyczne. Ale obok tego wszystkiego, cały czas rozglądała się, rozmawiała z ludźmi, próbowała wszystko zrozumieć, poznać Filipińczyków. Tajfun ma bardzo wiele twarzy — dokładnie tyle, ile osób, które go przeżyły. Spotykając różnych Filipińczyków, Szumska pyta ich zawsze o te same trzy rzeczy — jak przeżyli Yolandę, czy są szczęśliwi i jakie mają marzenia; z zaskoczeniem odkrywając, jak wielu z nich mówi, że są szczęśliwi, na krótko po tym, jak stracili bliskich i niemal wszystko, co posiadali.

Opowieść, jaką Szumska snuje na dwustu czterdziestu stronach „Twarzy tajfunu” trudno opisać w kilku zdaniach; przede wszystkim ze względu na absolutną szczerość, jaką obdarza czytelnika. To nie jest psalm pochwalny na cześć akcji humanitarnych. Obok przekonania, że pomagać «należy», pojawia się też dużo wątpliwości o tym «jak» pomagać mądrze i skutecznie. Żeby ludziom pomóc odbudować ich życia, a nie tylko dać im wszystko gotowe. Żeby dzieciaki wyprowadzić na prostą, ale nie złamać im serca swoim wyjazdem. Żeby środki trafiły do potrzebujących, zamiast do lokalnych polityków. Szumska dzieli się z czytelnikiem swoimi sukcesami i satysfakcją, ale też pozwala mu towarzyszyć w momentach zwątpienia. W jednym fragmencie pisze tak: „Dobrze ubrani, eleganccy na swój sposób, nieskazitelnie czyści, z laptopami pełnymi ważnych danych i statystyk, ze smartfonami pełnymi ważnych numerów telefonów. Wszyscy radzili, jak pomóc, komu pomóc, złościli się, że jest tu tak dużo innych fundacji i organizacji. Wchodzili sobie w drogę, kłócili się ze sobą, jakby bali się, że zabraknie im miejsca do pomagania, że zabraknie tu potrzebujących ludzi. Wszyscy jedli drogie dania, pili piwo, śmiali się. Naprzeciwko na murze siedział chudy Filipińczyk w łachmanach, pustym wzrokiem patrzył przez szybę restauracji, poruszając przy tym szczęką, jakby i on coś jadł. Ulicę dalej z dobrego terenowego auta wyskoczyło dwoje roześmianych filipińskich dzieci, zawołały za mną »Hello!« i pobiegły przed siebie. Zniknęły mi z oczu za zakrętem, a kiedy doszłam do skrzyżowania, zobaczyłam, jak ze śmiechem rzucają kamieniami w bezdomne psy. Psy miały ogony związane jakimś drutem. Stały tyłem do siebie, tak że żaden nie mógł uciec w swoją stronę, kamienie raniły ich ciała. Zrobiło mi się niedobrze. Chciałam zwrócić dzieciom uwagę, powiedzieć coś, ale tylko spojrzały na mnie zdziwione i dalej rzucały kamieniami”.

Ale „Twarze tajfunu” to nie tylko refleksja nad pomaganiem, to również cały koloryt informacji o Filipinach — ich historii i współczesności, o zwyczajach, o rytmie dnia i kształcie całego życia. Obraz jaki się wyłania, jest trudny i niejednoznaczny. Walki kogutów, do dziś szalenie popularne. „Pierwsze po tajfunie zostały odbudowane kościoły. Potem areny do walk kogutów. Dopiero potem domy” — czytamy. Albo: „Często w rodzinnej hierarchii kogut jest zaraz po ojcu, dopiero potem są matka i dzieci. Kogut to żywiciel rodziny. Jeśli wygra walkę, ojciec wróci w niedzielę pijany i przyniesie sporo pieniędzy. Jeśli przegra — ojciec też wróci pijany, ale bez pieniędzy, a tego nikt nie chce”. Z drugiej strony, są rzeczy pozytywne — jest uśmiech ludzi, nieco może dziecinny, ale jednak pozytywny, pełen nadziei. Są ludzie, którzy rozmawiając z tobą, koniecznie chcą, byś usiadł. Są dzieci zawsze gotowe do zabawy, ciągnące przybyszy za dłoń, żeby pokazać ruiny swojego domu i swoich rodziców. Są marzenia. Jest słońce. Jest piękny ocean.

Wstrząsają też opowieści o brutalnej historii kraju, który był hiszpańską kolonią, później znajdował się pod amerykańską dominacją, a w czasie drugiej wojny światowej pod okupacją okrutnych Japończyków („Gwałty były codziennością. Nieważny był wiek dziewczyny. Dwadzieścia lat czy dwanaście. Co za różnica? Matki chowały córki w dżungli, w zaroślach, w jaskiniach. Same już nie miały siły się chować. A po wszystkim wiele z nich popełniło samobójstwo. To były ciemne czasy. Pamiętam to wszystko. Widzę obrazy, ale są one czarno-białe, bo nie pamiętam kolorów z dzieciństwa. Wydaje mi się, że nie było wtedy kolorów, niebo było szare od pyłu i dymu, ziemia spopielona, też szara. Ludzie bladzi, przerażeni, głodni. Ciągle było ciemno. Nie było elektryczności. Wszystko było szare i ciemne”). Ludziom, którzy rokrocznie pozwalają się ukrzyżować, w poświęceniu dla katolickiego Boga przywiezionego niegdyś przez Hiszpanów, religia zupełnie nie przeszkadza w wierze w magię, noszeniu amuletów ochronnych przed złymi duchami, rzucaniu klątw i kultywowaniu od wielu pokoleń uzdrowicielskiego masażu hilot. „Radośni ludzie wierzący w Chrystusa i w voodoo” — opisuje ich Szumska.

kup papierową / kup ebooka / zobacz cytaty z książki

„Nicnierobienie jest najgorsze, a nuda to największy wróg optymizmu. Za dużo czasu na myślenie sprawiło, że wiele osób popadało w odrętwienie. Rozleniwione ciała zaczęły chorować, ktoś dostał infekcji, ktoś gorączki, ktoś płakał, bo go naszła tęsknota za domem. Inni spali i w ogóle nie wychodzili ze śpiworów. Byli i tacy, którzy trzymali otwartą książkę i całe godziny patrzyli na tę samą stronę. Otumanieni brakiem zajęcia, dudniącym deszczem, szarością dnia. Poranne odprawy polegały tylko na potwierdzeniu, że dzisiaj nadal pada i że nie ruszamy się z budynku biura.
— Czy ktoś chce coś dodać? — zapytał któregoś razu Chris znużonym głosem. Taka pogoda nie wróżyła nic dobrego finansom jego organizacji, która musiała utrzymywać wolontariuszy, nawet jeśli nie pracowali.
— Ja bym chciała — powiedziałam niepewnie, bo Chris jako szef nadal mnie onieśmielał. — Studiowałam lalkarstwo w Polsce. Pomyślałam teraz, że można wykorzystać ten czas i zrobić przedstawienie lalkowe dla dzieciaków, takie edukacyjne albo terapeutyczne. Skoro i tak nic nie robimy, to można zająć się takim projektem — zakończyłam niezdarnie.
Wszyscy patrzyli na mnie życzliwie, uśmiechali się.
— To lalkarstwo można studiować? — zapytał Sam z Wielkiej Brytanii.
— Tak, przez pięć lat. I można dostać tytuł magistra.
— Czyli jesteś Master of Puppets, jak z płyty Metalliki?”

„Można jednak oswoić ten brud i to zepsucie, można stanąć obok groźnie wyglądających mężczyzn, którzy w półmroku wymieniają mrukliwe, chrapliwe słowa, i z uśmiechem poprosić ich o ogień. Spojrzą wtedy niepewnie na twarz pytającego, na wyciągniętą paczkę papierosów i z krzywym uśmiechem zgodzą się, ale w zamian za poczęstunek. Kawałek dalej ustawi się kilku ladyboyów w wyzywająco krótkich spódnicach. Będą nachalnie poprawiać swoje wypchane biustonosze, będą głośni, piskliwi, krzykliwi, wulgarni. Od nich można dostać w ryj. Zwłaszcza jak się gapisz niepotrzebnie. Ale możesz też przejść koło nich i powiedzieć: »Fajne buty!«. Albo po prostu: »Gwapa!«. Czyli piękna. Parskną histerycznym śmiechem. Pomachają ręką, zakryją dłonią usta, jakby się wstydzili. A potem niedbale poprawią te wrzynające się w penisa z trudem zdobyte stringi.”

„Osoba zajmująca się tradycyjnym masażem to manghihilot — ona wie, co ci dolega, czyta twoją energię, dotyka kilku punktów na ciele. Czuje blokady. Masaż jest bolesny, ale uzdrawiający, jak gorzkie lekarstwo, które musisz wypić, by poczuć się lepiej. Manghihilot to uzdrowiciel. Wierzy, że każdy ból, każda choroba wynika z braku równowagi. Równowagi między ciałem, duszą i umysłem. Braku balansu między czterema żywiołami, z których jesteśmy zbudowani. Zajmuje się więc nie tylko nastawianiem złamanych kości czy naprawą zerwanego więzadła. Nastawia złamane energie. Naprawia zerwane kanały energetyczne. Wprowadza do ciała harmonię.”

„Noga ugrzęzła mu pomiędzy kamiennymi blokami, wykrwawiał się na śmierć. Próbowałem wyszarpać mu tę nogę, przesunąć kamienie. Ale po chwili złapał mnie za ręce. Staliśmy twarzą w twarz, po szyję zanurzeni w tej krwistej wodzie. Patrzył na mnie, pocałował mnie w czoło. — Chłopak zaczął się dusić od łkania. — »Nic nie poradzisz — powiedział. — Noga utknęła, musiałbyś ją odrąbać, nie czuję już w niej bólu, nawet jeśli ją odrąbiesz, umrę od zakażenia, nie ma tu możliwości pomocy«. Mówił takie rzeczy, których nie chciałem słyszeć, których nie chciałem przyjąć. Jak to?! Mój ojciec spokojnie mówi, że mam mu dać umrzeć? Znów zanurkowałem, namacałem kamień, próbowałem go przesunąć. Drgnął lekko, wypłynąłem. »Jest szansa«, powiedziałem. »Nie ma«, odpowiedział ojciec. Znów zanurkowałem, kamień przesunął się w moją stronę, wyskoczyłem nad wodę. Ojciec stał blady, co chwila opadał z sił, podtapiał się. Podnosiłem mu głowę, całowałem po czole i policzku, nigdy z ojcem nie okazywaliśmy sobie uczuć, nie wypadało, ale teraz chciałem mu dać całą synowską miłość i przeprosić, że jestem taki beznadziejny, że nie mogę go uratować… Ojciec umarł. W wodzie. W moich ramionach.”

„— Meg, lubię cię, więc nie będę ściemniał: nie modliłem się, bo nie wierzę w żadnego Boga, za to intensywnie myślałem, bo wierzę w rozum. Jednak to nic nie dało, byłem bezsilny, i to najbardziej mnie przerażało. Nie ciemność, nie krzyki Rein, nie perspektywa śmierci, ale moja zasrana bezsilność. Zawsze bałem się śmierci w samolocie: samolot spada, wiesz, że zaraz umrzesz, a nie możesz nic zrobić. Bezsilność, najgorsze kurewstwo świata. Mam pięćdziesiąt lat, przeżyłem naprawdę dużo, żyłem z kilkoma dolarami w kieszeni przez wiele miesięcy i dałem sobie radę, ale zawsze wcześniej miałem wybór i mogłem działać, nie bałem się nigdy. Yolanda natomiast zamknęła mnie w kiblu rozmiaru kilku metrów kwadratowych z wrzeszczącą Filipinką, którą tak mocno kocham, i jedyne, co mogłem zrobić, to czekać.”

„Karla zatrzymała się dopiero na wspomnienie o martwym dziecku. Jej jedyny syn zginął zmiażdżony pustakami ze ściany ich domu. Karla stała niecałe pół metra dalej. Ostatnie godziny tajfunu spędziła, odgruzowując jego ciało. Podrywane przez wiatr kawałki skruszonych pustaków kilka razy uderzyły w jej miękkie ciało, raniły jej złotobrązową skórę. Jej krew mieszała się z krwią syna. Nie słyszała nic, tylko dudnienie swojego serca i nieprzerwany pisk w głowie. Paznokcie pękały boleśnie przy samej skórze, gdy wbijała palce w kawałki betonu. Miała dużo siły, jak lwica, która ratuje swoje lwiątko. Jej lwiątko jednak leżało martwe, nie było już kogo ratować. A kiedy już nie miała siły, położyła się na tych kamieniach, na tym kurhanie usypanym nad martwym ciałem jej małego chłopca i straciła przytomność. (…) Ponoć zgwałcono kilka sanitariuszek z Ameryki. Nie wiem, czy można kogokolwiek winić. Emocje, które ma się w ciele, same zaczynają tobą kierować, to nie mózg, nie serce, to chemiczne płyny kierują twoim ciałem. Nie wiem, czy ktoś wymyślił nazwę na ten stan. To nie był strach ani smutek. To zabójcza mieszanka żalu, poczucia niesprawiedliwości, lęku, nienawiści do Boga i radości, że się w ogóle żyje. To wszystko było jak koktajl z bąbelkami. Buzuje to w twoim ciele, aż pianka powoli zaczyna się wylewać. Wtedy jeszcze panujesz nad sobą, ale kiedy koktajl jest mocno wstrząśnięty, wybucha i ochlapuje wszystkich dookoła. To byli dobrzy ludzie, przed tajfunem. Teraz znowu są dobrzy. Ale przez tydzień byli potworami. Kiedy tak leżałam, poczułam, że ktoś stoi nade mną. Kopnął mnie lekko w nogę. »Patrz, jaka ładna«, powiedział. Poczułam, że się rusza, pochylił się chyba i zaczął sprawdzać moje ubranie. Potem odchylił dekolt, zerwał łańcuszek. Nie musiałam nawet udawać martwej, byłam już prawie martwa… Karla przerwała na chwilę swoją opowieść, znów zaczęła się dusić od łez. Wszystkie kobiety w mojej grupie kontynuowały tapping i płakały. Słuchały jej historii i płakały nad nią, nad jej synem, nad sobą i swoimi bliskimi, którzy odeszli. — Oddychaj głęboko. Oddychaj głęboko — powtarzałam tylko i opukiwałam jej receptory. Po chwili była gotowa mówić dalej, ale zamknęła oczy. Na jej twarzy widać było grymas bólu. Wspomnienia bolały fizycznie, paliły jej ciało. — Zerwał łańcuszek, wsadził mi rękę głębiej w dekolt. Nie umiałam wydusić z siebie nawet jęku, żadnego sprzeciwu. Poczułam, jak łapie mnie za pierś i ściska ją. — Karla wzięła oddech, łzy popłynęły strumieniem. — Dotykał moich piersi i sapał, a ja leżałam na trupie swojego syna, bezwładna, tak jakby to nie było moje ciało. Nie umiałam się poruszyć, nie umiałam uciec. »Jest taka miękka«, powiedział niskim głosem, a ja poczułam, że zaraz wybuchnę płaczem. »Pobawiłbym się z nią, gdyby była żywa«, coś takiego powiedział. Pozostali nadal chodzili po gruzach mojego domu, przewracali kamienie, szukali cennych rzeczy. A ja modliłam się, żeby nie zobaczył płynącej po moim policzku łzy, żeby nie wyczuł minimalnego oddechu. »Pobawiłbym się z nią, gdyby była żywa… Gdyby była żywa… gdyby była żywa…«, słyszałam w głowie jego głos. Czułam drgawki w ciele, koktajl zaczynał się pienić. Jego składniki to były strach, upokorzenie, wstyd, bezsilność, nienawiść. Drugą rękę położył na moim kroczu… — Gdy kobieta to powiedziała, otworzyła oczy, które na moment błysnęły metalicznym blaskiem. — Dotykał mnie przez spodnie, odpiął guzik: »Tylko popatrzę«, wymamrotał pod nosem. Piersi bolały mnie od jego mocnego uścisku, czułam jego rękę odpinającą zamek spodni. »Zabij go, Boże«, powtarzałam w głowie. »Zabij jego albo pozwól mi umrzeć«. Obiema rękami starał się ściągnąć mi spodnie. Postanowiłam chwycić kamień i uderzyć go w głowę, ale ciało nie słuchało mnie. Nie podniosłam nawet ręki, drgnęłam tylko lekko, ale on nie zauważył, ślepy od żądzy, zapatrzony w moje majtki. Gdzieś obok obsunęły się kamienie, ktoś do nas podchodził. To był jeden z jego kompanów. »Zobacz, co mi się trafiło«, powiedział ten, który zdzierał ze mnie spodnie. Obsunął mi je już do kolan. »Ładna, ciepła, miękka. Muszę załadować, za dużo mam stresu«. Tak powiedział, rozumiesz? »Muszę załadować, bo stres«. W głowie miałam tylko jedno zdanie: »Pozwól mi umrzeć, pozwól mi umrzeć…«. »W trupa załadujesz?! Mało masz żywych cipek?«, zapytał ten drugi i chyba go kopnął albo tylko popchnął. Poczułam, jak ten pierwszy przewraca się na mnie, jego głowa ląduje dokładnie tam, gdzie pewnie chciałby, by wylądowało co innego. Podniósł się, boleśnie wbijając mi dłonie w uda. »Napaliłem się«, powiedział tylko i kopnął mnie z całej siły w bok. Jęknęłam lekko, ale nie dosłyszeli. Po chwili wyszli. Byłam sama w ciemnościach. Ból wrócił mi pełną świadomość.”

„— Powiedz mi, Juka, czego ty się boisz? — próbowałam ją zainteresować. Chwilę mierzyła mnie wzrokiem. POP! — Niczego — odparła, wzruszając ramionami i znów strzelając gumą. Później dowiedziałam się, że dziewczynka straciła w Yolandzie starszego brata. Jego pokiereszowane, martwe ciało przez tydzień leżało wśród ruin ich domu, gdzie ciągle mieszkali, nawet po tajfunie. Juka przez siedem dni spała koło niego, jadła koło niego, głodowała koło niego. Teraz nie bała się już niczego.”

„— W końcu doczekaliśmy się odpowiedzi Ameryki. I muszę ci powiedzieć, że oni nie cackali się z Japońcami. Przyjechali i z góry strzelali do wszystkich. Nasi też ginęli. Trudno tak z samolotu ocenić, kto Japoniec, a kto Filipińczyk. Potem przypłynęły amerykańskie statki i wojska zeszły na ląd. Amerykanie zgromadzili setki japońskich żołnierzy na plaży, rozstrzelali ich i w tym samym miejscu zakopali, pod wilgotnym od krwi piaskiem. Następnie zgromadzili innych na placu we wsi. Też zastrzelili. Wykopali dziurę. Zasypali. Wspomnienia z tego okresu nabierają kolorów. Pamiętam plażę, cała była czerwona od krwi. Szedłem boso i patrzyłem, jak czerwony piasek oblepia mi stopy. Chciałem sprawdzić, jak głęboko sięga krew, jak głęboko piasek jest czerwony. Nie dokopałem się do końca, nie dotarłem do złotego piasku Bantayanu. Z czasem krew wsiąkła, ale ciągle jest na wyspie, tak jak kości Japończyków.”

„PRUSKA ZAGADKA”, PIOTR SCHMANDT, 2014, OFICYNKA

Piotra Schmandta miałem okazję widzieć podczas Gdańskiej Afery Kryminalnej 2015 w Bibliotece Oliwskiej. Sprawiał wrażenie inteligentnego, oczytanego i sympatycznego faceta, którego ciało dokonałoby samospalenia, gdyby musiał przy ludziach wypowiedzieć słowo „cycki” (podejrzewam, że z gardła Schmandta wyszłyby raczej „wzgórza rozkoszy”). Także jeżeli szukasz czegoś z pazurem, to zapomnij o Schmancie, dla którego szaleństwa młodości wyglądają tak: „Ignaz przypomniał sobie, jak kilka lat temu założył się z kolegą z Frankfurtu Menem, inspektorem Thauem, kto zje więcej jajek na twardo. Ignaz przegrał, zjadł jedenaście i pół, o dwa mniej niż kolega. Takie były szaleństwa najwcześniejszej młodości berlińskiego policjanta”. Jeżeli w życiu raczej „zerkasz lubieżnie”, niż „kierujesz aksamitne spojrzenia”, to zapomnij o Schmancie. Jeżeli nie lubisz zbyt szczegółowych opisów posiłków, to zapomnij o Schmancie. Jeżeli nie lubisz przydługawych, świętoszkowatych opisów mszy, drogi krzyżowej i innych religijnych obrzędów, od których nie do końca wiesz, czy chcesz wydłubać sobie oczy, czy może wstąpić do zakonu, to zapomnij o Schmancie. Jeżeli nie lubisz książek niespiesznie płynących przez prawie sześćset stron, to zapomnij o Schmancie. „Pruską zagadkę” polecam tylko w jednym jedynym wypadku — jeżeli masz ochotę na znakomity retro kryminał, który przeniesie cię do 1901 roku i oczaruje klimatem niedużego miasteczka leżącego w Prusach Zachodnich.

Inspektor Ignaz Braun nie przyjechał z Berlina na urlop. Johann Wanders, gimnazjalista, syn jednego z dwóch zaciekle konkurujących piekarzy został zamordowany, w dodatku raczej makabrycznie, bo w ciągu kolejnych dni części jego ciała będą znajdowane w różnych zakątkach miasta. W jednej ze scen wytrącony z równowagi inspektor tak to skomentuje:
„— Czy zabił pan Johanna Wendersa?
— Kogo? (…)
— Johanna Wendersa. Gimnazjalistę, lat osiemnaście, syna Johannesa i Irmgardy Wendersów. Znajdowanego fragmentarycznie w ciągu ostatnich paru tygodni w postaci nadającej się do sprzedaży w sklepie mięsnym dla ludożerców gwinejskich”.
Przeczytaj tę książkę, jeżeli chcesz, żeby narracja zabrała cię na spacer alejkami i pozwoliła zajrzeć do domów mieszkańców. Niemalże poczuć duszące od mąki powietrze młyna rodziny Biangów. Wejść do pachnącego świeżymi wypiekami zaplecza piekarni. Zajrzeć do otoczonego brzozami drewnianego budynku Cafe Putzig. Wejść do gmachu Królewskiego Gimnazjum. Zabrać na spacer Annę, cierpiącą na astmę dziewiętnastoletnią córkę rzeźnika. I to właśnie ten charakter historyczno-obyczajowy, możliwość przyjrzenia się mieszkańcom Wejherowa i odwiedzenia jego zakątków, jest największą zaletą „Pruskiej zagadki”. Schmandt umiejętnie buduje zagęszczającą się atmosferę miasteczka. Ludzie zaczynają się wzajemnie oskarżać. Tworzą się fronty. Pojawiają się represje względem podejrzewanych. Niektóre sprawy wymykają się spod kontroli. „Wejherowem wstrząsnął monstrualnych rozmiarów zbiorowy dreszcz przerażenia. Zgroza mieszała się w umysłach mieszkańców miasteczka z rozkoszą płynącą z poczucia odmiany sennego do tej pory życia. Domysły i plotki przetaczały się przez ulice i domostwa szeroką falą i, jak kapryśne strumyki, zmieniały nurt, doznawały metamorfoz, drążyły nowe koleiny” — czytamy. W takiej sytuacji inspektor musi ze wszystkimi porozmawiać, zbadać każdy trop, co sprzyja przedstawieniu Wejherowa, zajrzeniu do domów jego mieszkańców, poznaniu ich sekretów i brudów, ale też marzeń i aspiracji.

„Pruska zagadka” jest pierwszą częścią przygód berlińskiego inspektora — w serii „Sprawy Inspektora Brauna” ukazały się też „Fotografia” (2015) i „Fabryka Pokory” (2015), które już zerkają na mnie z mojego regału. Jestem bardzo ciekawy dalszych losów berlińskiej gwiazdy kryminalistyki, bo zdążyłem polubić zarówno samego Ignaza, nieco wzorowanego na Sherlocku Holmesie, w takim niemiecko-polskim (o polskich korzeniach inspektor pozwala sobie komuś w zaufaniu powiedzieć, korzystając z dużej odległości od Berlina) wydaniu, jak i nastrój tej opowieści.

kup papierową / kup ebooka / zobacz cytaty z książki

„Inspektor Ignaz Braun przetarł miękką chusteczką okrągłe szkiełka okularów. Bez nich czuł się jak bez ręki. Szybkim ruchem nałożył na nos cudowny wynalazek, dzięki któremu najważniejszy ze zmysłów mógł z całą ostrością rejestrować i oceniać błahe z pozoru elementy układanki tworzącej rzeczywistość. Pociąg miarowo turkotał, rytmiczne odgłosy toczących się kół wprawiały inspektora w doskonały nastrój. Wprawdzie Ignaz Braun najlepiej czuł się w swojej przytulnej berlińskiej garsonierze przy Dürenergasse, jednak i on od czasu do czasu odczuwał właściwą młodemu jeszcze człowiekowi potrzebę wyrwania się w świat, chociażby miało ono oznaczać chwilowe zaszycie się na prowincji. W przedziale drugiej klasy oprócz inspektora siedziało troje osób. Starszy pan o kościstej twarzy i siwym wąsiku czytał z namaszczeniem gazetę, której nie wypuścił z rąk od chwili wejścia do pociągu na stacji w Szczecinie. »Urzędnik podatkowy średniej rangi, może powiatowy inspektor szkolny, luteranin, przykładny ojciec kilkorga dzieci, głosuje na prawicę od co najmniej trzydziestu lat i kocha cesarza jak siebie samego. Nie miewa ekstrawagancji i nie chodzi do kabaretu« — ocenił inspektor towarzysza podróży.”

„— Czy mają państwo jakieś przypuszczenia dotyczące sprawcy morderstwa? — inspektor wrócił do pytania zadanego na samym początku.
— Nie mamy pojęcia, jak mogło dojść do takiej potworności. Niestety, nie możemy panu powiedzieć niczego o kłopotach Johanna, bo takich chyba nie było, przynajmniej do ostatnich dni, wtedy stał się smutny i jakby bezradny. Grzeczny uczeń, sumienny chłopiec. Dopiero niedawno doszły do nas głosy, że w sprawę mogą być zamieszani Żydzi.
— Komisarz Rensch wspominał mi o pogłoskach krążących po mieście — szepnął skupiony Ignaz.
— No właśnie. Widzi pan, z dnia na dzień narasta nieufność do Żydów. Ludzie wiążą fakty, przypominają sobie różne rzeczy.”

„Wstawał słoneczny dzień. Ranek pachniał przyjemnie. Gdzieś niedaleko zaszczekał pies, niski głos uciszał zwierzę, konie rozmaitych maści kroczyły po bruku, dźwigając ciężary. Ignaz lubił miejski świt. Z wielkim zajęciem obserwował ludzi spieszących do codziennych obowiązków, cieszyła go rześka niewinność rozpoczynającego się dopiero dnia. Z hotelowego okna dojrzał rzeczkę płynącą wartkim nurtem. Pod ulicą woda przepływała niewidoczna dla oka, wychodząc po drugiej stronie w niezmienionym kształcie. »Rzeka nie doznaje metamorfozy w ukryciu, człowiekowi to się zdarza« — pomyślał Ignaz, który uwielbiał wymyślać aforyzmy.”

„O PISANIU”, CHARLES BUKOWSKI, 2016, NOIR SUR BLANC

Chciałbym móc cofnąć się w czasie, sięgnąć po te listy i dopiero wtedy po „Faktotum” i spółkę. Robiąc to w odwrotnej kolejności, też bawiłem się świetnie, ale wiem, że mając te listy w głowie, miałbym trochę inne wyobrażenie tego pisarza. To, że bardziej „ludzkie”, wiadomo — banał, ale też bogatsze o kilka elementów. Jak lojalność, którą Bukowski wykazywał wobec Johna Martina, swojego wieloletniego wydawcy, nawet w czasie konfliktów („Pozostałem Ci wierny. Miałem propozycje od nowojorskich wydawców. Miałem propozycje od konkurencji. Zostałem u Ciebie. Ludzie, sporo ich było, mówili mi, że jestem głupi. Nie przejmowałem się tym. Sam podejmuję decyzje z osobistych powodów. Byłeś, gdy nie było nikogo innego, pomogłeś mi zdobyć pieniądze dzięki archiwom. Kupiłeś mi porządną maszynę do pisania. (…) Do osiemdziesiątki, jeśli dożyję, zostało sporo lat, uprzątnijmy więc z drogi bzdurne przeszkody. Chcę być na Twoim pogrzebie i móc uronić łzę, wrzucając do grobu mały bukiet. Ok?”). O rodzaj sentymentalności, której Bukowski zdaje się niemal wstydzić, a która dopada go czasami, zmuszając do nagłych rozedrganych wyznań („Gdy szczęście dopisuje i książka wychodzi, idę do łóżka, czytam i bez słowa podaję żonie. Ona też czyta, mówi niewiele. Tak mogą mieć bogowie. To życie poza wszelkimi względami śmiertelności i moralności. To wszystko. Tak ustalone. I gdy mój szkielet spocznie na dnie trumny, gdyby do tego doszło, nic nie będzie w stanie umniejszyć znaczenia tych wspaniałych nocy, spędzonych tutaj, przy tej maszynie”). O kilka wątków biograficznych.

Oczywiście w „O pisaniu” znajdziemy również rzeczy, których po Bukowskim byśmy się spodziewali — tego jest bardzo dużo, z flagowym miksem outsiderstwa i zboczeństwa na czele. Jest też bardzo dużo krytyki świata. No i oczywiście niechęci do większości pisarzy; szczególnie do tych goniących za sławą, tych chadzających na wieczorki poetyckie, tych ze środowisk akademickich, tych, którzy zaczynają uczyć innych, a nawet tych, do których grona próbowano go wciskać — do bitników. Do większości swoich zarzutów jako zdrową przeciwwagę wskazuje pisarza wycofanego, piszącego z pasji, niemalże z obłędu, zupełnie jakby pisanie było tlenem. Sam był płodnym twórcą — w lepszych okresach pisał ogromne ilości tekstów. W jednym z listów z 1986 roku czytamy: „Gdy Barbet był w moim domu, zobaczył te wszystkie tekturowe pudła pełne wierszy. »Jezu Chryste, to ty to wszystko napisałeś?«, zapytał. »W tym roku«, odparłem. »Czy Martin wybiera najlepsze rzeczy?« »Miejmy nadzieję…«”. Pisał opowiadania, wiersze, powieści, artykuły, no i bardzo dużo listów, do których podchodził bardzo poważnie, niemalże jakby były jego minidziełami. Pisał bardzo swobodnie, nie przejmując się politycznym i społecznym wydźwiękiem, wierząc, że zadaniem pisarza jest pokazywać świat bez idiotycznej i destruktywnej cenzury. „Cenzura stanowi narzędzie tych, którzy mają potrzebę skrywania realiów przed sobą i przed innymi”, pisze w jednym liście. Jak łatwo się domyślić, często mu się za tą swobodę twórczą obrywało — usuwano jego książki z bibliotek, czytelnicy pisali listy do gazet, żeby przestały go publikować, atakowały go feministki. Czasem na te zarzuty odpowiadał, nierzadko żartobliwie.

Abel Debritto odwalił kawał dobrej roboty przy wyborze tych listów i ogólnym researchu. „O pisaniu” to prawie dwieście pięćdziesiąt stron listów, wybranych według tytułowego klucza, poukładanych w rozdziały kolejnymi latami, od 1945 do 1993, i okraszonych dodatkowymi informacjami rozjaśniającymi kontekst. Dzięki temu, że listy pochodzą z tak dużego przedziału czasu, poznajemy Bukowskiego jako dwudziestoparolatka, butnego, nieco jeszcze pretensjonalnego, trochę zakompleksionego i histerycznego (choć próbującego brzmieć pewnie), a rozstajemy się z nim w wieku siedemdziesięciu trzech lat, na kilka miesięcy przed śmiercią, kiedy jest dojrzały, mądrzejszy, no i bardziej świadomy siebie, przez co wszelkie jego ciosy są celniejsze.

kup papierową / kup ebooka / zobacz cytaty z książki

„Pisarz musi mieć prawo poruszać wszystkie tematy. Célin’a oskarżono o antysemityzm i gdy zapytano go o pewien fragment — »Ciężkie kroki Żyda…«, oświadczył: »ja po prostu nie lubię ludzi. W tym wypadku był to akurat Żyd«.”

„I gdy widzę teraz długie szeregi protestujących, wiem, że ich odwaga to tylko rodzaj odwagi powszechnej do pewnego stopnia, odwagi robienia tego, co należy, w odpowiednim towarzystwie, teraz to takie łatwe. Gdzie, do diabła, oni byli, gdy mnie wtrącano do celi [podczas] II wojny światowej? Wtedy było cichuteńko. Nie ufam ludzkim bestiom, Panie Head, i nie lubię tłumów. Piję swoje piwo, stukam w klawisze maszyny.”

„To mi bardzo przypomina stwierdzenie mojego ojca, gdy odmówiłem wyjazdu na II wojnę światową. »Ależ, synu, gdyby nie pierwsza wojna, nie poznałbym twojej matki i nigdy byś się nie narodził«.”

„W rzeczywistości nie jestem aż tak szalony, jak się wydaję, i lubię spokój, pijaństwo, wyścigi konne i widok kobiecych nóg okrytych nylonem obcisłych pończoch, lubię kopać ich szczupłe kostki i spoglądać w to, co zostało z ich i mojej duszy, ich własnymi oczami.”

„Wypowiadają się na temat rządu, duszy, homoseksualizmu, ekoogrodnictwa… i tak dalej… Znają się na wszystkim oprócz instalatorstwa wodno-kanalizacyjnego, a przecież powinni się na nim znać, bo produkują gówno.”

„Cały ten zakon idiotów, którzy uczęszczają na wieczory poezji — jasne ciuchy ludzi z trzęsącymi się jak galareta tyłkami i sianem w głowach.”

„Piłem przez kilka wieczorów z tym człowiekiem, i jeśli chce pan poznać parę paskudnych plotek, nie jest w moim typie. To akademik uwięziony między ściśniętymi jajami swoich nauk.”

„Niektórzy mają bardzo dobre początki. W tym, jak piszą, jest błysk, płomień, skłonność do ryzyka. Dobry pierwszy lub drugi tomik, po czym masz wrażenie, że zaczynają się rozdrabniać. Rozglądasz się, a oni już uczą twórczego pisania na jakimś uniwersytecie. Teraz uważają, że wiedzą, jak pisać, i mają zamiar uczyć tego innych. To choroba: zaakceptowali siebie. Nie do wiary, że mogą to robić. To tak, jakby jakiś przyszedł i próbował mi wytłumaczyć, jak pieprzyć, bo uważa, że sam dobrze pieprzy.”

„Nigdy nie lubiłem bitników, zbyt nachalnie promowali siebie, a narkotyki sprawiały, że wszyscy mieli drewniane fiuty, lub zmieniały ich w głupków.”

„Kiedy wszystko działa idealnie, to nie dlatego, że wybierasz pisanie, ale dlatego, że pisanie wybiera ciebie. Czyni to, kiedy jesteś na nie wściekły, kiedy tkwi w twoich uszach, w twoich nozdrzach, pod paznokciami. Kiedy w nim jest jedyna nadzieja. Kiedyś w Atlancie marzłem i przymierałem głodem w budzie z papy. Za podłogę służyły tylko gazety. Znalazłem ogryzek ołówka i pisałem nim na białych marginesach tych gazet, wiedząc, że nikt tego nigdy nie przeczyta. Obłęd rozwijający się niczym rak. I pisanie nigdy nie było pracą, realizacją planu ani częścią szkoły. Było. To wszystko.”

„Dziękuję Panu za list z informacją o usunięciu jednej z moich książek z biblioteki w Nijmegen. I o tym, że oskarża się ją o dyskryminację ze względu na kolor skóry, orientację seksualną i płeć. Oraz że to sadyzm z uwagi na sadyzm. A ja boję się, że dyskryminowane są poczucie humoru i prawda. Jeśli piszę źle o czarnych, homoseksualistach i kobietach, to dlatego, że tacy byli ci, których poznałem. Jest wielu »złych« — złe psy, zła cenzura; są nawet »źli« biali mężczyźni. Tylko że gdy się pisze o »złych« białych mężczyznach, oni się nie skarżą. I czy muszę mówić, że są »dobrzy« czarni, »dobrzy« homoseksualiści i »dobre« kobiety? W swoim pisarskim fachu tylko fotografuję w słowach to, co widzę. Jeśli piszę o »sadyzmie«, to dlatego, że on istnieje. Nie wynalazłem go, a jeśli w mojej twórczości pojawia się opis jakiegoś okropnego czynu, to dlatego, że takie rzeczy zdarzają się w naszym życiu, nie jestem po stronie zła, jeśli nie brak czegoś takiego jak zło. W moim pisarstwie nie zawsze zgadzam się z tym, co się wydarza, nie taplam się też w błocie dla samego taplania. Dziwne jest też to, że ludzie, którzy pomstują na moją twórczość, chyba przeoczają te jej fragmenty, które wiążą się z radością, miłością i nadzieją, a przecież są takie fragmenty. W swoich dniach, latach i w swoim życiu doświadczyłem wzlotów i upadków, blasków i cieni. Gdybym ciągle pisał tylko o »blaskach« i nigdy nie wspominał o reszcie, wtedy kłamałbym jako twórca.”

„Gdy zabieram się do drugiej butelki wina i przeglądam ponownie ten list, zauważam, że jeśli kiedyś ktoś go zobaczy, pojawią się aluzje, że Bukowski wspomniał o Czarnych i Homoseksualistach, tak jakby czuł do nich niechęć. I dlatego pozwól, że wymienię: kobiety, Meksykanie, lesbijki, Żydzi. Pozwól, że stwierdzę, że czuję niechęć do Ludzkości, a zwłaszcza do literatów. To nie tylko epoka wodorowej zagłady, to także epoka Strachu, Potężnego Strachu. Ja też nie lubię Białasów. I jestem Białasem”.

Partnerem cyklu jest księgarnia Virtualo, nasze źródło pachnących bajtami ebooków.

1 komentarz

Dodaj komentarz