Kto jest najgorszym człowiekiem na świecie? Czy wilki polują na ludzi? Czy mieszkanie na kredyt to prawdziwy dom? Na jakiej wyspie mieszka więcej niedźwiedzi niż ludzi?

Te książki miały już swoje pięć minut, dwa i trzy lata temu. Wielokrotnie natrafiałam na ich tytuły, znałam wygląd okładek, nazwiska autorów, krótki zarys fabuły i obiecywałam sobie, że przeczytam, jak będzie lepszy moment. Ten lepszy moment pojawił się w grudniu 2016 roku, wtedy zrobiło się już o nich całkiem cicho, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że chcę je przypomnieć w moim pierwszym Radarze książkowym, a drugim, jaki pojawił się na tym blogu (zajrzyjcie również do poprzedniego wpisu przygotowanego przez Michała).

„NAJGORSZY CZŁOWIEK NA ŚWIECIE”, MAŁGORZATA HALBER, 2015, ZNAK

„Jesteśmy tacy sami. Identyczni. Nie ma między nami żadnej różnicy, wybieramy tylko inne rodzaje broni, żeby przestać czuć, żeby zapomnieć o sobie i o tym, jak bardzo wszystko źle robimy, jak bardzo nie potrafimy sobie poradzić, jak bardzo jesteśmy najgorszymi ludźmi na świecie” — tak Małgorzata Halber opisuje uzależnionych. Uzależnionych od zakupów, gier, solarium, jedzenia, alkoholu i narkotyków. Wszyscy są najgorsi, bo wszyscy mają dziury, których nie próbują naprawić, ale w zamian starają się je zapełniać tym, co wydaje im się najprzyjemniejsze, tym co pozwala im poczuć się ze sobą dobrze, ale tylko na chwilę. Potem znów siebie nienawidzą, dwa razy bardziej.

Krystyna — bohaterka książki Małgorzaty Halber jest alkoholiczką i narkomanką, ale przede wszystkim osobą, ogromnie samotną i nieumiejącą siebie zaakceptować, być może dlatego, że nie miała okazji poznać prawdziwej siebie, alkohol sprawiał, że była kimś innym — bardziej rozrywkowym, bardziej wyluzowanym, bardziej komunikatywnym. Krystyna wie, że ma problem. Pocieszona tym, że Jerzy Pilch też miał problem i Colin Farrell i Kirsten Dunst i Demi Moore i nawet Ewan McGregor postanawia iść na terapię, jednak to, co w Polsce kryje się pod pojęciem terapia, znacznie różni się od jej wyobrażeń.

„— Mogłabyś — powiedziała — przychodzić do mnie i płacić mi te sto złotych dwa razy w tygodniu, ale po co, skoro ja wolę się zajmować czymś ciekawszym, a ty możesz zrobić terapię w ośrodku, za darmo.
— Ale ja — zająknęłam się — ja się boję, że mnie ktoś rozpozna.
Chciałam mieć wersję deluxe, Betty Ford Center, ja i Kirsten Dunst, a nie dzieciaki z Pragi i wytykanie palcami.
— Słuchaj, chcesz przestać? To idź do ośrodka. Tylko idź blisko, tak żebyś miała w kapciach. Inaczej ci się nie będzie chciało. Wybierz taki, który masz najbliżej. A w ogóle to masz jeden dwie ulice od siebie. Albo poczekaj i się zapisz na te Mazury. Las, woda, sama bym pojechała”.

Kiedy chodziłam do podstawówki, nie słyszałam o kobietach uzależnionych i być może wtedy nawet nie zdawałam sobie sprawy, że one istnieją. Pamiętam kobietę, która przyszła do naszego domu, nie wiem, jak wyglądała, bo stałam schowana na schodach, ale podobno była zakrwawiona. Uciekła z domu, bo mąż się upił i ją pobił. Chciała zadzwonić na policję. Pamiętam koleżankę, którą nauczycielka zrugała przed całą klasą, bo ta się pochwaliła, że widziała zataczającego się księdza. Nauczycielka na nią nakrzyczała, nazwała kłamczuchą, ale tamtego dnia religię mieliśmy odwołaną — „ksiądz nie przyszedł, bo źle się poczuł”. Innego dnia, wracając ze szkoły, spotkałam swojego dziadka, który miał wtedy po mnie wyjechać, ale nie dotarł na czas, bo próbował podnieść jakiegoś pijaka, który zasnął na mrozie. Pochodzę z małej miejscowości, dobrze tego nie pamiętam, ale bardzo możliwe, że wtedy nie wiedziałam, że kobiety też piją.

Sięgając po „Najgorszego człowieka na świecie” wiedziałam już dużo więcej o uzależnieniach, ale nie wiedziałam jeszcze, czemu uzależniają się piękne, inteligentne kobiety, które jak się na pierwszy rzut oka wydaje, mają wszystko, do czego dąży większość ludzi: dobrą pracę, rozwijającą się karierę, wielu znajomych, szczęśliwy związek i mieszkanie po babci. Na pierwszy rzut oka, bo kiedy lepiej ją poznasz, zrozumiesz, że Krystyna wszystkiego się boi. Boi się, że nie jest wystarczająco dobra i wystarczająco fajna, boi się samotności i boi się ludzi. Boi się, że jej związek się nie rozwija i boi się go zakończyć. Boi się, że za dużo pije, ale jeszcze bardziej boi się być trzeźwa.

Podczas lektury trzystu pięćdziesięciu dwóch stron „Najgorszego człowieka na świecie” zdążysz Krystynę polubić, za to, że wypowiada na głos myśli, które chodzą ci po głowie. Zdążysz się na niej zawieść, gdy odkryjesz, że czuje się lepsza od współtowarzyszy niedoli z grupy terapeutycznej. Ale gdy dowiesz się, że potrafi rzucić wszystko, żeby zanieść zupę i pocieszyć jedną z tych osób, pomyślisz, że wcale nie jest najgorszym człowiekiem na świecie. Prawdopodobnie jest dużo lepszym człowiekiem niż spora część ludzi, których znasz. Będziesz jej życzył jak najlepiej i będziesz o niej myślał, gdy poczujesz się ze sobą źle.

kup papierową / kup ebooka / zobacz cytaty z książki

„Każdy się wstydzi.
Każdy się wstydzi trzech rzeczy.
Że nie jest ładny.
Że za mało wie.
I że niewystarczająco dobrze radzi sobie w życiu.
Każdy.
Dlaczego więc nikt się do tego nie przyznaje? Dlaczego nikt o tym nie mówi? O ile łatwiej by się nam rozmawiało na przyjęciach, gdyby można to było powiedzieć głośno.”

„Wstydziłam się mówić o tym, jak się czuję, tak w ogóle. Zastanawiam się, które z tych »boję się« to w gruncie rzeczy »wstydzę się«. Ale o wstydzie się nie rozmawia, nie pisze się piosenek ani książek. Lęk możesz pokonać i wtedy jesteś odważny, masz tę świecącą zbroję i trenerzy coachingu pochwalą cię w poradnikach, że przeskoczyłeś siebie. Ale wstyd? Skromny, swędzący, pryszczaty? Jest zdecydowanie za mało dramatyczny.”

„Bez dwóch piw są tylko dwa uczucia. Lęk i smutek. W stosunku 9:1. Boję się ludzi. Boję się w ogóle z nimi przebywać. Boję się, że powiem coś nie tak, za dużo, że ich urażę. Boję się, że mnie odtrącą. Boję się, że widać, że stoję sama i nie wiem, co ze sobą zrobić. Boję się, kiedy zaczynamy rozmawiać o płytach, że zaraz czegoś nie będę znała. Boję się życia. Boję się, że żyję nie tak, jak trzeba. Boję się, że nigdy nie będę umiała pójść do normalnej pracy. Boję się zrobić remont. Boję się awiza. Boję się, że nie napiszę książki. Boję się, że ktoś to przeczyta i zacznie mnie oceniać. I będzie mówił, że trzeba radzić sobie w życiu, a nie narzekać. Boję się, że jestem brzydka. Boję się, że się zestarzeję. Boję się, że za mało się staram.”

„Czy przypadkiem nie właśnie dlatego nie odzywasz się do ludzi, nie mówisz im o tym, co w tobie najbardziej wstydliwe, czyli o tym, co siedzi najgłębiej, o tym, dzięki czemu jesteś osobą, a nie Robocopem, czy nie przypadkiem właśnie dlatego nie mówisz o tym, bo boisz się oceny?”

„Za każdym razem, kiedy mówisz »bo ludzie zazwyczaj« albo »bo jest tak«, albo »wszyscy przecież«, albo »bo kobiety«, mówisz tak naprawdę o sobie.
Mówisz dokładnie to, co ty czujesz, oraz to, co tobie się wydaje.
Zawsze.”

„Bo przecież chłopak ma swoje prawa i jeśli chce wyjść z kolegami, to dlaczego nagle się zamieniasz w to straszne, straszne stworzenie, którym się brzydzisz, które chodzi w różowym szlafroku i płacze, że ma zostać samo wieczorem?”

„Ponieważ gdybym miała pracować w biurze po osiem godzin dziennie przez pięć dni w tygodniu, czułabym się, jakby mnie życie zrobiło w chuja.”

„Nałóg bierze się z tego, że jesteś wydrążony w środku, albo tak ci się przynajmniej wydaje. Że jest pusto i cicho, a ty jesteś zamknięty w swoim pokoju i za mało się starasz.”

„Nie da się na dłuższą metę znieść tego, że trzeba cały czas być fajnym. To jest nieludzkie bardziej niż »Bravo«.
I kiedy myślę o sobie, to chyba to mnie zwiodło na manowce. W świecie ciętej riposty i getrów z H&M tak łatwo się zgubić.”

„Nikt mi tego nigdy nie powiedział.
Że to jest ważne, co ja czuję.
Że mogę czuć.
Nikt mnie nigdy oto nie pytał.
A kiedy raz powiedziałam: »nie, to nie jest mój problem, nie będę z tobą rozmawiać o tym, że mama pije, bo jestem dzieckiem«, to ojciec przestał się do mnie odzywać na rok.”

„WILKI”, ADAM WAJRAK, 2015, AGORA

Większość ludzi boi się spotkania z wilkami, Adam Wajrak idzie do Puszczy i wyje, żeby je do siebie przywołać. Większość ludzi nie wytrzyma w kompletnym bezruchu nawet godziny, Adam Wajrak wytrzymywał sześć. Większość ludzi nie wytrzymałaby smrodu padliny bez zwrócenia ostatniego posiłku, Adam Wajrak również nie, za to jego żona Nuria, radziła sobie z tym świetnie.

Wilki to książka o bardzo niewielkiej wiedzy ludzi na temat wilków i ogromnym okrucieństwie, które czasem z tej niewiedzy wynikało, czasem ze strachu, a czasem po prostu z ignorancji lub, co gorsza, arogancji. Wilki to również książka o pasjonującym życiu dwójki ludzi Adama Wajraka, jego żony Nurii oraz o ich kundelce Antonii. Pasjonującym przynajmniej dla mnie i innych świrów zakochanych w przyrodzie, bo domyślam się, że nie każdego zainteresuje praca polegająca na przemierzaniu Puszczy w poszukiwaniu padliny, wielogodzinnym obserwowaniu z ukrycia padlinożerców. Licznych próbach uchwycenia na zdjęciu wilków, wielu nieudanych. Czasem złapania jakiegoś w celu założenia nadajnika. Praca, w której jesteś naocznym świadkiem okrucieństwa kłusowników, kiedy próbujesz ratować złapanego we wnyki wilka i wiesz, że istnieje ułamek procenta szansy, że się uda, a mimo to próbujesz, bo znowu się zawiodłeś na człowieku. Tak, to nie jest łatwa praca, ale można jej pozazdrościć.

Człowiek od dawna nie lubi wilków. Raz, że się ich bał, podejrzewał, że jak będzie miał to nieszczęście spotkania wilka w lesie, no ten na pewno go pożre. Dwa, że wilki obwiniano o ataki na zwierzęta gospodarskie i psy. Zaczęłam w myślach szukać punktu trzeciego, ale wygląda na to, że te dwa powody, które nie do końca są nawet prawdziwe, wystarczyły, żebyśmy zaczęli masowo mordować wilki. Prawda jest taka, że te drapieżniki stronią od ludzi, a ataki na zwierzęta gospodarskie zdarzają się, kiedy wataha głoduje od dłuższego czasu lub jest osłabiona przez wybicie jej części.

Wilki to książka dla ciebie, jeśli interesuje cię świat wilków, którego nie znasz, ale również świat ludzi; tego świata, o którym pisze Wajrak, zapewne również nie znasz.

kup papierową / kup ebooka / zobacz cytaty z książki

„Jesteśmy zatopieni w kulturze i podświadomie łapiemy różne przekazy. Słyszymy powiedzenie »Człowiek człowiekowi wilkiem«, które swoimi korzeniami sięga co najmniej starożytnego Rzymu. Oglądamy filmy o wilkołakach. Nasiąkamy bajką o Czerwonym Kapturku albo o trzech świnkach.”

„Wilk jest więc w naszej kulturze demonem, symbolem dzikości, nienasycenia, ciemności, krwiożerczości. Nawet jak się nad tym nie zastanawiamy, ten przekaz powoli do nas trafia i osadza się w najdalszych zakątkach mózgu. Pokłady strachu siedzą sobie potem w naszej głowie.”

„w styczniu 1956 roku minister leśnictwa rozporządzeniem powołał wojewódzkich komisarzy do spraw tępienia wilków. Ci, koordynowani przez naczelnego komisarza, zajęli się organizacją eksterminacji, która w międzyczasie przestała już być pospolitym ruszeniem. Dopuszczone zostało trucie za pomocą strychniny, jak za czasów carskich w Puszczy. Jedną z podstawowych i zalecanych przez komisarzy metod było wybieranie i zabijanie szczeniąt.”

„Na tyłach jednego z domów stała klatka, a w niej uwiązana na łańcuchu siedziała chuda i przerażona wilczyca. Do niewoli trafiła zapewne jako wybrany z gniazda szczeniak, któremu darowano życie. Kiedy tak na nią patrzyłem — chudą, złamaną i zalęknioną — wcale nie byłem pewien, czy podarowane życia nie było gorsze od szybkiej śmierci.”

„Ta białoruska wilczyca była smutnym wygłodzonym cieniem wilka. Może dlatego dawało się nią tak łatwo manipulować.”

„Przed wyjazdem do Polski pojechaliśmy do miasteczka pożegnać się z szefem miejscowych myśliwych, który załatwił nam sfilmowanie wilka. Urzędował tam, gdzie przyjmuje się skórki z zabitych szczeniaków. Zaprowadził nas do garażu. Takiego na niewielką ciężarówkę. Trochę w nim śmierdziało. Kiedy włączył światło, zdębiałem. Cała podłoga była zasłana głowami wilków. Nie czaszkami, ale właśnie głowami — z uszami, oczami, a nawet wywalonymi z pysków jęzorami. Jedne były świeże, inne, zapewne ze zwierząt zabitych zimą, zaczynały się rozkładać. Żadne wilki, ani dorosłe, ani młode, nie mogły się czuć na Białorusi bezpiecznie. Nawet w parku narodowym.”

„Ostatecznie na obszarze większości Europy wilki zostały wybite. Nie było ich, ale strach przed nimi pozostał, skutecznie podsycany przez myśliwych. I literaturę. I sztukę. Ten temat bardzo dobrze się sprzedawał. Jednym z najchętniej kupowanych przez zachodnioeuropejskie salony XIX-wiecznych polskich malarzy był Alfred Wierusz-Kowalski specjalizujący się w malowaniu wilczych ataków.”

„— Zwierzę było wychłodzone i odwodnione. Jama brzuszna pełna ropy, zaczynała gnić, nastąpiła martwica. Tylne łapy prawie nieruchome, bardzo obrzęknięte. Pętla zatrzymała dopływ krwi do tylnej części ciała. Obcięła napletek, wdało się zakażenie — mówił Mariusz.
Wyglądało to bardzo źle. Nie było wiadomo, co robić. W lesie wilk nie miał szans na przeżycie, transport to stres. W końcu Mariusz zdecydował, że zwierzę musi trafić do jakiegoś pomieszczenia.”

„13 PIĘTER”, FILIP SPRINGER, 2015, CZARNE

W szkole mówili ci wiele niepotrzebnych rzeczy i jednocześnie nie powiedzieli jednej bardzo ważnej — człowiek nie jest ważny. Ważne jest to ile ma pieniędzy. Paradoksalnie, im mniej zarabia, tym łatwiej zarobić na nim. Będzie potrzebował kredytów, ale zaoszczędzi na prawniku, który powinien sprawdzić umowę przed podpisaniem. Będzie miał kredyt i straci pracę? Weźmie każdą inną, więc można mu dać płacę minimalną. Przestaje spłacać raty kredytu? Dajmy mu jeszcze opłaty za telefony i listy od windykacji, dodajmy mu koszty rozprawy sądowej, i niech się dorzuci do pensji komornika. Co będzie dalej? Komornik zajmie jego wynagrodzenie, przynajmniej tę część, którą może. On nie zarabia dużo, więc odsetki będą rosły. Jeśli to był kredyt hipoteczny, zajmą jego mieszkanie, sprzedadzą za jakiś procent wartości, część długu nadal zostanie. Zacznie pracować na czarno, żeby szybciej spłacić resztę, może dostanie zasiłek z Urzędu Pracy. A na koniec dowie się, że jest darmozjadem, obibokiem i nie chce mu się pracować, a przez to wszyscy obywatele muszą na niego łożyć. Ciekawa jestem kto z tych święcie oburzonych, tak ochoczo komentujących kwestię bezrobocia w Polsce, sprawdził, komu przysługuje zasiłek dla bezrobotnych i na jak długo. To była wersja optymistyczna, część tych ludzi nie poradzi sobie ze stratą mieszkania. Wyląduje na ulicy albo ze sobą skończy.

„13 pięter” to książka podzielona na dwie części, których punktem wspólnym jest kryzys mieszkaniowy. Pierwsza część dzieje się w dwudziestoleciu międzywojennym, druga — współcześnie.

„Mieszkały przy Powązkowskiej 30, na biednym osiedlu nieopodal cmentarza. Kawałek dalej, przy torach, zaczyna się kolonia nor wyrytych w nasypach kolejowych i szałasów skleconych z byle czego. Za nimi szarzeją baraki dla bezdomnych. Fetlińskie wiedziały, że bez pieniędzy prędzej czy później tam skończą. Dlatego postanowiły odebrać sobie życie. To samo zrobił wcześniej ukochany brat Zofii i Jadwigi. Rok i po czworgu Fetlińskich nie ma śladu.”

„Kamila najbardziej lubi wiosnę i lato, kiedy krzaki pod oknami są zielone. W piwnicy robi się ciemniej, ale ona wyobraża sobie wtedy, że ma mieszkanie z widokiem na drzewa.”

„Kupowali gazetę i czytali o tych strasznych sprawach gdzieś w Polsce. I pewnie nawet sobie myśleli, że ktoś przesadza, że media wyolbrzymiają, że robią aferę. Bo to niemożliwe, żeby ktoś staruszkę siekierą wypędzał z mieszkania, w którym spędziła całe życie. A potem to się działo w ich domu. I zaczynali krzyczeć, wołać o pomoc, dobijać się do urzędników. I natykali się na mur, rozumiesz, ścianę.”

„Z mieszkania przy Mostowej 23 został eksmitowany Antoni Dopelntern, mimo że ma chorą żonę i dwoje dzieci, z czego jedno jest całkowicie sparaliżowane. Właściciel domu osobiście wyniósł na rękach chorą żonę Dopelnterna na podwórze i tam zostawił.”

Potrafisz odróżnić, które z tych cytatów dotyczą przeszłości, a które dzieją się w naszych czasach? Jeśli nie, to chyba dobrze obrazuje, że coś poszło w tym kraju nie tak. W dwudziestoleciu międzywojennym ogromny głód mieszkaniowy wypchnął wielu tych najuboższych na ulicę, do schronisk gdzie panowały tragiczne warunki i do przeludnionych mieszkań sublokatorskich, gdzie często mogli liczyć jedynie na kąt do spania gdzieś na podłodze. Ideowcy, którzy próbowali budować tanie mieszkania, byli przez państwo ignorowani. Państwo pomaga prywatnym inwestorom, którzy budują dla zysku, a najlepszy zysk przynoszą luksusowe kamienice. Aktualna sytuacja mieszkaniowa jest oczywiście dużo lepsza, tak uogólniając, bo im dalej wczytujemy się w książkę Springera, zadajemy sobie pytanie „czy aby na pewno?”. Jak donosi serwis Bankier.pl wynajem mieszkań w Polsce należy do najdroższych w Europie. Nie mówiąc już o tym jak właściciele mieszkań traktują najemców. Dlatego większość młodych ludzi, decyduje się na zakup mieszkania. A jeśli zakup to również kredyt, zwykle na trzydzieści lat. Państwo wspiera branie kredytów stąd rządowe programy Rodzina na Swoim i Mieszkanie dla Młodych i, co gorsza, wmawia nam, że to dobry pomysł „zmień pracę, weź kredyt, kup mieszkanie”. Na stronach „13 pięter” znajdziecie bardzo dużo dowodów na to, że to nie jest tak dobry pomysł, jak nam się mówi. Mimo że książka wydana była w 2015 roku, Filip Springer napisał od tego czasu dwie inne książki, a w media zaczęły donosić o nowym pomyśle rządzących — Mieszkanie Plus, to temat nadal jest aktualny i warto do tej lektury zajrzeć.

kup papierową / kup ebooka / zobacz cytaty z książki

„W kwietniu 1924 roku w życie wchodzi pierwsza w wolnej Polsce ustawa umożliwiająca eksmisje lokatorów. W Warszawie mieszka około pięciuset bezdomnych — głównie powojenne sieroty, zdemobilizowani żołnierze i repatrianci ze wschodu. Teraz dołączają do nich eksmitowani i wciąż ich przybywa. Już po roku problem stanie się poważny, a po dziesięciu latach bezdomnych będzie czterdzieści dwa razy więcej.”

„Eksmisje są już prawdziwą plagą. Wielu kamieniczników za sądową procedurę eksmisyjną pobiera od wyrzucanych lokatorów dodatkową opłatę. Bo tylko wyrok sądu uprawnia do starania się o miejsce w schronisku.”

„— Jest! Macie tu! — Wali palcem w jakiś artykuł. Wohnout czyta. W kamienicy czynszowej na Powiślu eksmitowany ojciec zastrzelił kilkuletnią córeczkę, po czym próbował popełnić samobójstwo.”

„Mieszkanie zmieniała kilka razy, niemal zawsze na gorsze. O jednym z nich, niewielkim pokoiku nad piekarnią, pisze: »Z dołu szedł do mieszkania dym i zaduch, i żar. W lecie nie można było ustać na podłodze bosymi stopami, gdy się wstawało rano, czuło się zmęczenie. W zimie cała ściana pokryła się wilgocią i zaszła czarną pleśnią. Z piekarni wchodziły do mieszkania myszy, karaluchy i wszelkie robactwo, robiliśmy dezynsekcję i nic nie można było poradzić«.”

„Ciągle się przeprowadzała, nie pamięta, ile razy. Pokoje zawsze były małe, czasem mieszkała z kimś, w lepszych okresach sama. Gdy zaczynała zapuszczać korzenie, zwykle dzwonił telefon albo przychodził właściciel. Mówił, że ma zwolnić miejsce — bo syn wraca z Erasmusa, bo jest klient na całe mieszkanie, bo co ją to interesuje.”

„Kłopot w tym, że przyznawaniem państwowych kredytów rządzą tajemnicze zasady. Większość zgarniają osoby prywatne i spółdzielnie zrzeszające oficerów czy urzędników. Tylko w latach 1921–1924 na nieco ponad dwieście pożyczek aż sto trzydzieści trzy to pożyczki udzielone prywatnym inwestorom. Spółdzielnie otrzymały tylko co dziesiąty kredyt.”

„Śmiała się z nimi, bo myślała, że w ten sposób to oswoi. Ale tego braku oswoić się nie da.”

„— Bo jak nie masz adresu, to nikt ci nie przyśle kartki na święta, pocztówki z wakacji, zaproszenia na ślub. Nie możesz powiesić obrazka na ścianie, bo przyjdzie właściciel i zrobi awanturę. Zresztą i tak po prostu nie chcesz. Bo to nie jest dom. Wszystko, co ważne, trzyma się w domu. Jak się go nie ma, to ważnych rzeczy też zaczyna brakować.”

„Cukiernica. To jest taki niepotrzebny przedmiot, prawda? A mi było wstyd, że jej nie mam. Jak ktoś do mnie przychodził i chciał sobie osłodzić herbatę, to stawiałam ten okropny wór z cukrem. Ale te ciągłe przeprowadzki… cukiernica to jest takie coś, co się może stłuc, zniszczyć, trzeba by ją zawijać w jakiś papier, troszczyć się o nią. No i dopiero jak osiadłam, to sobie kupiłam cukiernicę.”

„Musi być ciepło. Reszta jest nieważna. Jak w domu robi się zimno, to on przestaje być domem. Staje się pomieszczeniem.”

„Któregoś dnia powiedział: »Ten związek nie ma przyszłości. Dziękuję ci«.
— Długo wtedy rozmawialiśmy. Wyznał mi, że potrzebuje osoby, z którą stworzy trwałą relację. A to oznacza też kredyt. Okazałam się na taki model za mało wypłacalna.”

„— Ja rozumiem, że ktoś tam może być szczęśliwy. Ja nawet tym ludziom tego szczęścia trochę zazdroszczę. Ale nie umiałabym powiedzieć o mieszkaniu na trzydziestoletni kredyt, że jest moje.”

„Jej nowy chłopak, choć spotykali się od niedawna, zaproponował, żeby wprowadziła się do niego. Właśnie kupił mieszkanie, w ścisłym centrum, z modnymi skosami w sypialni. Wziął na nie pół miliona kredytu. »A jak nam się ułoży, to cię do tego mieszkania dopiszę i będziemy sobie spłacać razem« — rzucił.
— Powiedziałam mu, że ja o kredycie jakoś nie marzę.
— I co zrobił?
— Podziękował mi.”

„Na TBS-y wydano cztery miliardy, ale w formie kredytów. Te pieniądze już wracają do Banku Gospodarstwa Krajowego. Środki wydane na Rodzinę na Swoim i Mieszkanie dla Młodych to nie są pożyczki, tylko dotacje. Ich beneficjentami w jednej trzeciej są deweloperzy, a w dwóch trzecich banki. Ludzie, którzy zaciągają kredyty, to tylko taki filtr, przez który się tę forsę przepuszcza. Ale to oni zostają z długami.”

„Czasem zgłaszają się do nas ludzie, którzy naprawdę nie powinni brać kredytu. Mieszkanie dla Młodych daje im wkład własny, ale oni nie mają pieniędzy na nic więcej. Wiedzą, że dzięki swoim dochodom będą mogli płacić comiesięczną ratę, przynajmniej tak długo jak pracują. Nie mają jednak żadnych pieniędzy na wykończenie. My na nich w biurze mówimy betonowcy, bo wprowadzają się do niemal surowych mieszkań: bez podłóg, ledwo ściany mazną jakąś farbą. Meble pozbierają od rodziny i jakoś żyją. Boże, oni nawet czasem przy mnie po kieszeniach pieniędzy szukają, bo się okazuje, że notariusz będzie ich kosztował trzysta złotych więcej. I muszą przełożyć podpisywanie umowy, bo nie mają od kogo tych pieniędzy pożyczyć. Ja bym im najchętniej powiedziała, żeby się puknęli w głowę i sobie całą tę imprezę odpuścili. Ale jestem tam od sprzedawania mieszkań, a nie od ratowania ludzkości.”

„BIAŁE. ZIMNA WYSPA SPITSBERGEN”, ILONA WIŚNIEWSKA, 2014, CZARNE

„Białe” Ilony Wiśniewskiej to książka, którą chcę polecić i przed którą chcę ostrzec. Jeśli ta książka znajdzie się w twoich rękach, czeka cię ponad dwieście stron podróży, o jakiej ci się nie śniło, podróży przez mroźny Spitsbergen — krainę, którą zamieszkuje „dwa i pół tysiąca ludzi, a niedźwiedzi polarnych pół tysiąca więcej”, gdzie arktyczne lato jest „chłodniejsze od tego europejskiego o jakieś trzydzieści stopni” i gdzie „przez cztery miesiące nie ma słońca, a przez kolejne pięć nie zachodzi”. Ale uważaj, bo gdy dotrzesz do końca książki, będziesz chciał wyruszyć w tę podróż jeszcze raz, tym razem odległości mierząc kilometrami, nie stronami.

„Białe” to nie przewodnik turystyczny po Spitspergenie, to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy zdecydowali się w tych trudnych dla człowieka warunkach, spędzić kawałek swojego życia. Na samym początku poznajemy Galinę młodą kobietę pracującą na statku wycieczkowym, która pewnego dnia wyskoczyła za burtę, od tak. Był rok 1985. „W morzu Arktycznym umiera się po kilku minutach” — pisze Wiśniewska, a Galina jakimś cudem przeżyła, zachęcano ją później, by jak najszybciej ubiegała się o azyl, ale ona postanowiła wrócić do domu, na Ukrainę. Jest tu Marcela pochodząca z Meksyku, która bardziej niż stateczne życie ceni przygodę. Przyprawiała zatwardziałych kawalerów o szybsze bicie serca i co sobie postanowiła, zawsze jej się udawało. Po przyjeździe do Norwegii najpierw założyła firmę produkującą tortille, potem została fotografem przyrody. Poznacie Haralda myśliwego-samotnika z Bergen. Przyjechał tutaj na rok, a został na całe życie. Mieszka z dala od ludzkich domostw i nie lubi obcych. „Harald nie chodzi na kompromisy i nie udaje. Jeśli za kimś nie przepada, ten ktoś dowie się pierwszy. Harald lubi spokój. Ten zapach. Zapach starego mężczyzny, garbowanej skóry, samotnego życia i zgody na nie”. Przeczytacie wspomnienia kilku polarników z różnych ekip badawczych PAN, które od 1957 roku zimowały na Spitsbergenie. I historię Omida, który uciekł z Iranu, najpierw do Wiednia, potem do Oslo, a na końcu na Svalbard (archipelag, w którego skład wchodzi wyspa Spitsbergen), gdzie dotarł w lekkich butach i bez kurtki, bo nikt go nie ostrzegł, jak tam jest zimno. Przez dziesięć lat kochał dziewczynę o imieniu Szarmin, ale bał się to wyznać, dopiero będąc w Norwegii, odważył się wysłać jej list. Po paru tygodniach zadzwoniła. Jak się okazało przez te wszystkie lata odwzajemniała jego uczucia, ale teraz jest już za późno, była mężatką. Przeczytacie o przygodach Wojtka Moskala — polarnika i zdobywcy bieguna północnego, jego historie na równi bawią i zaskakują. Ostatnia osoba, którą wymienię i która najmocniej zapadła mi w pamięć to Karolina Karaś. Do Longyearbyen ściągnął ją mąż Jacek Karaś — znany w Polsce maszer — w 2003 roku. Dwa lata później Jacek zginął. Po jego śmierci zdecydowała się nie wracać do rodzinnego Sopotu, została w Longyearbyen, zajmuje się psami zaprzęgowymi, ma ich dziewięć, a żeby je utrzymać, pracuje na dwóch, a czasem nawet trzech etatach. To jeszcze nie wszyscy rozmówcy Ilony Wiśniewskiej, a ich historie przeplatają nieprzegadane opisy tej niezwykłej wyspy i warunków życia na niej. Relacje otrzymujemy z pierwszej ręki, ponieważ autorka książki mieszka na Spitsbergenie od 2010 roku.

Gdzieś na początku książki pada takie zdanie: „Łatwo tu zapomnieć, że świat jest gdzie indziej”. Jeśli zmęczyłeś się światem i chcesz o nim na chwilę zapomnieć, przeczytaj tę książkę. Ja już się szykuje do kolejnego reportażu Ilony Wiśniewskiej — „Hen. Na północy Norwegii” z 2016 roku (papierowa/ebook).

kup papierową / kup ebooka / zobacz cytaty z książki

„Arktyczne lato było chłodniejsze od tego europejskiego o jakieś trzydzieści stopni, więc dało się zebrać myśli. Bryły, kolory, odgłosy, wszystko było inaczej. W środku nocy zimne słońce świeciło tuż nad linią lodowatego morza, a powietrze nie miało żadnego zapachu. Ludzie niby ci sami, ale planeta jakby inna.”

„Na Spitsbergenie przez cztery miesiące nie ma słońca, a przez kolejne pięć nie zachodzi. Łatwo tu zapomnieć, że świat jest gdzie indziej.”

„A że Spitsbergen? Koniec świata to dobry początek.”

„— Z jednej strony masz tu wszystko: dziką naturę na wyciągnięcie ręki, podatek dochodowy 15,8 procent, uniwersytet, Globalny Bank Nasion, hotel Radisson Blu, chór, aerobik w wodzie, festiwale, galerię sztuki, grupę cyrkową, świeże awokado i ser halloumi. — Otwiera z sykiem puszkę coli light. — Z drugiej strony jesteś w najdalej wysuniętym na północ miasteczku na świecie, gdzie jest ciemno przez jedną trzecią roku, prawo zabrania posiadania kotów, nie ma pająków, najwyższa roślina to trzydziestocentymetrowa trawa, warzywa kupujesz pakowane próżniowo i, o, zamiast na ławce siedzisz nad morzem na europalecie! Prawdziwy świat toto nie jest.”

„Marcela zerwała zaręczyny i wyjechała do Europy. Nie chciała, żeby jej życie było zaplanowane z góry. Chciała, żeby ją zaskakiwało. Najpierw studiowała w Barcelonie, potem w Paryżu i to właśnie tam zdecydowała się objechać kontynent. O Skandynawii usłyszała gdzieś po drodze — że jest tam piękna przyroda i są też piękni mężczyźni. Kiedy po wyjściu z tunelu w centrum Sztokholmu w wystawach sklepowych zobaczyła blond manekiny z boskimi twarzami wyciosanymi z plastiku, a potem dowiedziała się, że te manekiny są robione na wzór prawdziwych mężczyzn, już wiedziała, że jest w domu.”

„— Mamy w Meksyku takie powiedzenie: »Dodaj więcej śmietany do tacos«. Ciągle nam czegoś mało i zawsze chcemy więcej — mówi, zapinając kurtkę pod szyją, bo nagle zrywa się wiatr. Świat należy do Marceli i ona ten świat smakuje jak świeżą tortillę.”

„Na ulicy najpierw się uśmiechamy, a dopiero potem patrzymy do kogo. Na uśmiechach jednak często się kończy, dlatego jak już się znajdzie kogoś, z kim dobrze pomilczeć, lepiej się go trzymać. My znalazłyśmy się przez przypadek i dajemy sobie prawo do samotności. Tutaj przyjaźnie zaczynają się tak szybko, jak kończą, bo prędzej czy później i tak wszyscy wyjadą.”

„— Jednego dnia obudziłem się rano i mówię: »Oto jest dzień, kiedy upoluję pardwę«. — Leszek, przyjaciel Królika i poetycka dusza, opowiada, jak to w pewną niedzielę poczuł zew natury.
Skompletował sprzęt i wyruszył dziarskim krokiem. Słońce świeciło zza jego pleców, kiedy uruchamiał łódź i dobijał do brzegów Diabasodden, zatoki po drugiej stronie fiordu. Idzie, skrada się niczym łasica i nagle patrzy, jest. Pardwa jak malowana. Widzi go i nie ucieka. Leszek podchodzi do niej, przystawia jej lufę do głowy, namierza, a ta na to: »Gru, gru«.
— No nie. — Leszek rozkłada ręce. — I to było tyle, jeśli chodzi o moje doświadczenia z samodzielnym polowaniem.”

„Cztery renifery dają sześć litrów czystej krwi, a ta starcza do zrobienia naleśników według przepisu jego babci. Poza krwią potrzebne są: mleko w proszku, kilogram cukru, cztery paczki kardamonu, cztery paczki cynamonu, cukier wanilinowy, pięć kilogramów mąki i ewentualnie trochę rodzynek i tłuszcz z renifera pocięty w paski. Składniki miesza się mikserem, zawartość gotuje w płóciennych podłużnych torbach przez dwie godziny, potem wiesza je do wystygnięcia i na koniec torbę rozcina, a zawartość kroi w plastry. Całość ma konsystencję ciasta.”

„W północnej Norwegii zwykło się straszyć dzieci, że jeśli pomachają do zorzy czymś białym, zorza zejdzie na ziemię i machającego zabierze.”

„Ciemność uczy cierpliwości.”

„Gdy się już człowiek przyzwyczai do ciemności, dziwnie się robi na myśl o powrocie światła. Bez słońca wszystko jest określone, wiadomo, że nigdzie dalej się nie pójdzie. Można łatwiej sobie wtedy poukładać przestrzeń. Ciemno jest na swój sposób wygodne.”

„Ciemność nie jest problemem. Problemem jest samotność w ciemności.”

„Mucha!
Prawdziwa, wielka, tłusta mucha! Wlatuje do kuchni i obija się pod lampką. Ta mucha jest jak powiew normalnego świata. Jakby ktoś otworzył dźwiękoszczelne drzwi, za którymi są owady i ptaki, szum ulicy i stukot pociągów. Zarządzam, że zamieszka w kuchni, bo tam będzie jej najbezpieczniej. Mucha w tym czasie łypie i nawet się nie drapnie. Tym samym wchodzi w życie zakaz wietrzenia, łapania w kubek i wypuszczania na zimno. Birger pokornie znosi wszelkie rozporządzenia. Siedzimy w pokoju, a z kuchni dobywa się bzyczenie. Mamy zwierzątko!”

„— W tej branży nie jesteś psem, tylko przedmiotem. Biegniesz i wracasz na łańcuch. Nie ma szans na żaden bliższy kontakt ze zwierzęciem.”

„Nauczona psim zwyczajem, rzadko kiedy patrzy rozmówcy prosto w oczy.”

„Wiosna razi w oczy. Wielki reflektor świeci teraz przez okna całą dobę, odbijając się od wypolerowanego śniegu, i nie ma go jak wyłączyć. Białe nie daje spać. Jak w nie patrzeć za długo, to cała reszta robi się czarna i znowu nic nie widać.”

„To znaczy, że śnieg w połączeniu z białym niebem zaciera wszelkie odległości, proporcje, piony i poziomy. Białe może być jak czarne. Pozbawia szczegółów. Za mocne światło boli, rozchwiewa nie mniej niż jego brak.”

Partnerem cyklu jest księgarnia Virtualo, nasze źródło pachnących bajtami ebooków.

6 komentarzy

Dodaj komentarz