Co się wydarzyło w martwej dolinie? Czy kobiety mają do powiedzenia więcej niż mężczyźni? Za czym tęskni Marcin Wicha? Czy centra handlowe są oazą dla matek?

Cztery książki. Cztery różne wydawnictwa. Jeden autor z Holandii, trzech z Polski. Piszą o wydarzeniach, które trudno wyjaśnić i o szukaniu prawdy, o macierzyństwie, o zmianach, o dizajnie i brzydocie, o kobietach i ich sekretach. Zaczniemy od zbliżającej się premiery reportażu holenderskiego dziennikarza. Skończymy na tegorocznej laureatce Paszportu Polityki.

„MARTWA DOLINA”, FRANK WESTERMAN, 2017, DOWODY NA ISTNIENIE

Jakie są twoje wieczorne rytuały? Czytasz książkę, robisz sobie herbatę, przesuwasz palcem po kolejnych aplikacjach w telefonie, oglądasz telewizję, zasypiasz? Poranki również mają swój stały rytm. Po przebudzeniu bierzesz prysznic, parzysz kawę, gapisz się w okno, przeglądasz gazetę, włączasz radio, szykujesz się do wyjścia. Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, że gdzieś między twoim myciem zębów przed snem i parzeniem kawy przed wyjściem z domu, być może w momencie, kiedy gasisz nocną lampkę lub kiedy śnisz o przepisie na emememsy otrzymanym od czteroletniego syna sąsiada, na innym kontynencie umiera prawie dwa tysiące ludzi, kilka tysięcy zwierząt, wszelkie życie poza roślinnością i nikt nie wie dlaczego? Ta tragedia wydarzyła się naprawdę w nocy z 21 na 22 sierpnia 1986 roku w dolinie Nyos w Kamerunie.

Większość ofiar wyglądała jakby zmarła we śnie, domostwa nie były zniszczone, dolinę okryły martwe ciała ludzi, zwierząt, a nawet owadów. Pierwsze doniesienia dotyczące tragedii mówiły o uwolnieniu się z jeziora chmury trujących gazów i uduszeniu wszystkich istot żywych, które znalazły się w jej zasięgu. Ustalaniem przyczyn tragedii zajęli się naukowcy z całego świata, co nie przeszkadzało miejscowej ludności w tworzeniu własnych mitów i legend. Tłumaczyli tamte wydarzenia po swojemu: „— Massa — mówi sprzedawczyni warzyw. — To jest zemsta Mawesa. Opowiada, że bóg Mawes zarządza królestwem śmierci na dnie jeziora, pilnuje tam jaja pytona, które musi być zawsze mokre. Rozgniewał go jednak brak ofiar i stłukł jajo — stąd wzięła się fala nieznośnego smrodu, która zadusiła wszystkie żywe stworzenia — jajo węża było zgniłe!”. Misjonarze zajmujący się ocalałymi częściej stawiali pytania „dlaczego?”, zamiast „co?” się wtedy wydarzyło. „»Pytacie, dlaczego nas to spotkało? Czy Bóg chciał nas ukarać? Dlaczego Bóg stworzył taki głupi, niebezpieczny świat? Słuchajcie dzieci, osuszcie łzy. Chodźmy po radę do Jezusa i spróbujmy zrozumieć jego odpowiedź. Oto ona, Ewangelia św. Łukasza!«. Następnie cytat z Biblii o wieży Siloam w Jerozolimie, która się zawaliła. Spadający mur zabił osiemnastu mężów. Jezus zadaje apostołom pytanie, czy tych osiemnastu mężów było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy. »Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie« [Biblia Tysiąclecia, Łk 13, 5]. Jaap Nielen: »Czy myślicie, że mieszkańcy Dolnego Nyos byli większymi grzesznikami niż my, mieszkańcy wzgórz? Nie! Ale jeśli się nie nawrócimy, to wszyscy zginiemy«. Tak misjonarz w Afryce interpretował tragedię martwej doliny”. Nie zabrakło również teorii spiskowych: „»Prawda o Nyos: to było ludobójstwo dokonane przez prezydenta Biyę przy współpracy Izraela. Fałszywe twierdzenie o ‘erupcji wulkanu’ nie zostało odrzucone przez żadnego z naukowców, ponieważ są oni częścią spisku: agentami Francji, Izraela i USA«”.

Frank Westerman holenderski pisarz, dziennikarz i korespondent postanowił w jednej książce zebrać teorie, fakty i mity na temat tamtych wydarzeń, tak powstaje „Martwa dolina”. Książkę dzieli na trzy części: pogromcy, apostołowie i twórcy mitów i z jednakową uwagą analizuje wszystkie głosy, które próbują tragedię w dolinie Nyos wyjaśnić. Nie powiem, że żadnego z nich nie faworyzuje, bo da się wyczuć, które teorie najbardziej do niego przemawiają, ale trzeba przyznać, że Westerman swoją pracę reporterską wykonał z największą starannością. Odkopał tak dużo różnych wątków dotyczących tragedii w Nyos, plotek, przekazów, mitów i teorii, rozmawia z każdym, kto o tamtych wydarzeniach mógł coś wiedzieć, bada nawet najmniej wiarygodne pogłoski, a do tego stara się dociec skąd tyle różnych sprzecznych doniesień. I wreszcie chce o tej tragedii przypomnieć i szukając odpowiedzi upamiętnić ofiary. Zwłaszcza że nawet kameruński rząd zdaje się o nich nie pamiętać: „Poprosiłem go, żeby śledził, jak państwo Kamerun będzie obchodziło oficjalnie dwudziestą piątą rocznicę tragedii, kiedy całe życie, ludzi i zwierząt, zniknęło w ciągu jednej nocy z powierzchni ziemi w dolinie Nyos. »Wczoraj był ten dzień. Nic się nie wydarzyło. W radiu publicznym: nic. W telewizji krajowej: nic. Katastrofa została całkowicie zignorowana. To jest Kamerun«”.

Katastrofy w Nyos nie da się już lepiej, bardziej wnikliwie, opisać, dlatego warto po „Martwą dolinę” Westermana sięgnąć. Premiera już w najbliższy piątek, 24 lutego 2017. W tym samym dniu odbędzie się spotkanie z autorem w Warszawie w Ambasadzie Królestwa Niderlandów. Żeby wziąć udział, trzeba wysłać mejla do organizatorów, po szczegóły zajrzyjcie do wydarzenia na Facebooku.

kup papierową / kup ebooka / zobacz cytaty z książki

„Proszę sobie wyobrazić: wszystko, co oddycha, wymiera, nigdzie nie ma śladu mordercy, ale jest jezioro — czerwone jak dawniej Nil. Chociaż wiek się jeszcze nie skończył, katastrofa w Nyos już teraz może się ubiegać o miano »najbardziej osobliwej katastrofy XX wieku«”.

„Zaczęło grzmieć i błyskać, ale nie tak jak zwykle. Kiedy wyszedł na podwórze, zobaczył dym i ogień tryskający z jeziora. Ogień był czerwony. Dym roznosił zapach zgniłych jajek. Kalus Ketuh poczuł mdłości, położył się w chacie na łóżku i zwymiotował. — Słyszałem, jak moje krowy płaczą, potem zapadła cisza.”

„25 sierpnia 1986 roku Haroun Tazieff włącza radio w swoim domu przy quai de Bourbon 15. Wczesnym rankiem słucha wiadomości. Od serwisu informacyjnego o pierwszej w nocy spiker
powtarza co godzinę komunikat o »przynajmniej tysiącu dwustu zabitych« w dolinie na zachodzie Kamerunu. Wydaje się, że ofiary zostały zaskoczone we śnie chmurą trujących wyziewów, które
wydobyły się w nocy 21 sierpnia z jeziora w górach — le lac Nyos.”

„Błyskawicznie powstają dwie sprzeczne teorie roszczące sobie prawo do głoszenia jedynej niepodzielnej prawdy. Attaché prasowy ambasady usa w Jaunde jak gdyby nigdy nic rozdaje kopie raportu Lockwooda (nie było wybuchu wulkanu). Czy ktoś go pyta, czy nie. Dziennikarz z Nowego Jorku, który jest równie ciekaw wniosków z raportu Tazieffa (był wybuch wulkanu), dowiaduje się, że amerykańskie przedstawicielstwo nie może (nie chce?) mu w tym pomóc. W ambasadzie francuskiej jest odwrotnie. Tam z zapałem rozdaje się raport Tazieffa i nic poza tym.”

„Zdaniem Sama Freetha utracili cały szacunek jako naukowcy, ponieważ »nie spełniają powszechnie uznanego wymogu akademickiego: zdolności do (samo)krytyki«. — Jedynym mankamentem nauki jest to, że jest praktykowana przez ludzi — powiedział Haraldur Sigurdsson.”

„— Charakter wpływa na poglądy?
— To też, niestety.
Zapytałem, jakie cechy ludzkie stoją na drodze czystej nauki.
— Ludzie są próżni. Chcą zyskać sławę.
Wydaje mi się, że próżność nie przeszkadza w poszukiwaniu prawdy. Może nawet zaangażowanie dzięki temu rośnie?
— Teraz mówisz o ambicji. Ale ambicja podlana próżnością zamienia się w ślepą zawiść.
Zapytałem, czym się przejawia.
— Nieetycznym postępowaniem.
— Na przykład?
— Złodziejstwem. Ludzie okradają się nawzajem. W nauce przede wszystkim z pomysłów.”

„Męczyło go, że koledzy łowili każdą nową plotkę.
— Jednego dnia wierzą, że stoi za tym Izrael, który „wynajął” Grassfields, żeby przeprowadzić tam próby „żydowskiej bomby”. Następnego dnia podejrzewają Francję. A potem znowu Amerykanów.
Zmarszczyłem czoło i zapytałem, skąd się biorą te wszystkie plotki, co on sam myśli na ten temat.
— Ach, plotki to tylko plotki. Plotki są w Afryce tlenem dla społeczeństwa — odpowiedział, odrywając ręce od kierownicy.
Próbowałem zrozumieć, co on mówi; Afrykanie inaczej obchodzili się z plotkami niż nie-Afrykanie?
— Mais non, nie miejmy złudzeń — powiedział. — Europejczycy są tak samo łatwowierni. Weźmy zmartwychwstanie Chrystusa, ta pogłoska krąży po świecie już prawie dwa tysiące lat.”

„Po powrocie do Paryża jeden z ochroniarzy wykręcił niezły numer. Powiedział, że nie jest w stanie zrozumieć, jak można pogodzić luksus na pokładzie rządowego samolotu z biedą i nędzą, jaką zobaczył na miejscu. Dodał jeszcze, że nigdy wcześniej nie widział, żeby na trasie lotu przewinęło się przez kabinę tyle tostów z kawiorem i tyle butelek Dom Pérignon 1967.”

„Pogłoski rosły. Mówiono, że bogowie jeziora wpadli w furię i wszystkich zabili.
— Nic z tego nie rozumieliśmy — mówił Cosmas.
— Nyos było dobrym jeziorem. Kiedy przechodziliśmy obok niego w drodze na stację misyjną, father Nielen pływał w nim czasami. I to daleko!
— Njupi było złym jeziorem — powiedział Bonawentura.
Zapytałem, co znaczy to pojęcie „złe”, przypisane do jeziora.
— That you want to run away from it (Że chcesz uciec od niego)
— odparł.”

„Skąd wzięły się te wszystkie sprzeczne przypuszczenia? Luki w doniesieniach krzyczały o uzupełnienie, czymkolwiek — spekulacjami, teoriami, jeśli trzeba, to fikcją. Zapamiętałem, że oglądając wtedy wieczorne wiadomości, zerwałem się sprzed telewizora. Chciałem usłyszeć szczegóły, opowieści, odczuwałem ten brak prawie fizycznie. Dopiero teraz zaczynam rozumieć mechanizm, który się za tym kryje: ludzka ciekawość nie zadowala się niekompletnością, niezgodnością, niepoznawalnością. Jeśli się nie da inaczej, to wymyśla brakujące ogniwa.”

„Było więcej momentów, kiedy ogarniał go strach. Musiał patrzeć bezradnie, jak wykształceni przez niego czarni kapłani zaczęli się z czasem zachowywać, »jakby byli jakimiś wodzami«. »Jak mam przemówić do rozumu młodym klerykom, że bycie księdzem oznacza naśladowanie Chrystusa w ubóstwie? To brzmi śmiesznie. Najpierw zachęcaliśmy ich do wyrwania się z prymitywnych warunków, a teraz mówimy, że są zbyt szykowni«.”

„Nie każdy widział dokładnie to samo, to jest podstawowe założenie fenomenologii. Powiedziałem, że mam zamiar zapoznać się z trzema różnymi punktami widzenia i dzięki temu lepiej zrozumieć zdarzenia w martwej dolinie. Moim zmartwieniem, jako obserwatora, był szum, który sam wytwarzałem: badanie uczestniczące wpływa na wynik. Analizując drobiazgowo trzy historie, sam tworzyłem czwartą.”

„W Afryce świat jest większy niż tylko człowiek — powiedział. — Wszyscy wiedzą, że istnieje coś więcej, coś, czego nie można dostrzec.(…) W Afryce, mówił, nikt nie oczekuje wyjaśnienia, tam tajemnica rozwija się sama, ponieważ nikt jej nie narusza — z szacunku.”

„Szlifowanie surowej rzeczywistości od wieków jest dziełem człowieka — gatunku, który w otaczającym świecie widzi wzory pełne znaczenia. — Jeśli ich nie ma, to sami je znajdujemy — powiedział Harrie. Wymienił pozycje gwiazd na niebie, z których składamy rozmaite figury i konstelacje mające określać nasz los. Astrologia, przemknęło mi przez myśl, ma więcej zwolenników niż astronomia. Może tak właśnie jest: wszyscy mamy skłonność do widzenia
związków, które naprawdę nie istnieją, ale które dzięki otrzymanej nazwie zyskują prawo bytu.”

„Chwila nieuwagi wystarczy, żeby nie dostrzec, iż te dwa popularnonaukowe pisma, świadomie lub nieświadomie, tworzą atmosferę spisku wokół martwej doliny. Jak? Przez włączanie do reportażu akademickich sprzeczek, obok faktów i argumentów. Ubarwili nagie fakty zgodnie z własnym stanowiskiem politycznym.”

„Dlaczego bijemy brawo niezwykłym historiom, a nie zwykłym? Dlatego, podejrzewam, że bardzo dobrze wiemy, iż nasza ludzka krzątanina wcześniej czy później (najczęściej wcześniej) zniknie w pyle wszechświata. Nie chcemy tego. Buntujemy się przeciwko temu. Jak? Opowiadając sobie bez przerwy historie (posłuchaj!) o doświadczeniach dających nam poczucie niezwykłości. O wyjątkowych sytuacjach, które naprawdę istnieją.”

„Malinowski zwrócił uwagę na fakt, że kiedy zdarza się jakiś kryzys, mity pomagają w jego rozwiązaniu, odwołując się do nadprzyrodzonej rzeczywistości.”

„KAPRYSIK. DAMSKIE HISTORIE”, MARIUSZ SZCZYGIEŁ, 2012, AGORA

Są trzy rzeczy, które zawsze poprawiają mi humor: słodko-słony smak, spacer nad morzem i pies liżący mnie po nosie. Do tej listy dopisuję „Kaprysik” Mariusza Szczygła. To króciutka i przyjemna lektura na wieczór — zbiór reportaży, których wspólnym mianownikiem są kobiety. „Jak wiadomo, kobiety mają więcej do powiedzenia niż mężczyźni. Uważam, że ludzkość nie robi z tego zjawiska wystarczająco dobrego użytku” — pisze we wstępie autor, po czym robi użytek z damskich historii i zbiera je w sześćdziesięciostronicowej książeczce z różową okładką i o wdzięcznym tytule „Kaprysik”. Jeśli myślisz, że infantylnie — pewnie masz rację. Ale kobiety (tak jak mężczyźni) bywają czasem infantylne i o ile nie dzieje się to bez przerwy i nie przybiera rozmiarów rozpuszczonego dziecka, nad którym nie można zapanować, jest to nawet rozczulające. Tak jak historie, które opowiada Szczygieł. Jest reportaż o kobiecie, która przez prawie sześćdziesiąt lat zapisywała szczegółowo i bardzo rzeczowo, co robiła każdego kolejnego dnia życia. Zeszytów zapisała ponad siedemset. Znajdziecie opowieść o Annie, która od 1991 roku, od dnia, gdy potrzebowała zdjęcia dyplomowego, regularnie odwiedza szczeciński zakład fotograficzny pana Sylwestra. Jest opowieść o pani profesorowej, która w gmachu Akademii Górniczo Hutniczej stanęła, a właściwie usiadła, cała z brązu, na ławeczce, z parasolką, dokładnie tak jak w tamtym dniu, kiedy zakochał się w niej pan profesor — rektor uczelni. A to jeszcze nie wszystko. Dowiesz się, czemu należy czytać znalezione przypadkiem kartki i poznasz bliżej wokalistkę Tercetu Egzotycznego.

Za „Kaprysik” złapałam dość późno, była prawie dwudziesta trzecia, ale pomyślałam, że przeczytam przed snem dwa pierwsze rozdziały, a resztę dokończę następnego wieczora. Nic z tego. Jak zaczniesz, nie będziesz w stanie odłożyć tej książki na półkę, póki nie dotrzesz do ostatniej strony. Czyta się szybko, nie raz zaśmiałam się w głos, chłonąc kolejne słowa. Po skończonej lekturze myślisz trochę lepiej o świecie i po raz kolejny dochodzisz do wniosku, że bez kobiet byłoby bardzo nudno. Ale uwaga! To nie jest lektura tylko dla pań, wręcz przeciwnie. Polecam ją każdemu mężczyźnie. Będziecie zachwyceni!

kup ebooka / zobacz cytaty z książki

„Słuchać — prosta rzecz. Wystarczy nie krzywić się, że czyjeś życie jest nie takie, jakbyśmy chcieli. (Pisanie — czyli zajmowanie ludziom czasu — jest już o wiele trudniejsze).”

„Jak wiadomo, kobiety mają więcej do powiedzenia niż mężczyźni. Uważam, że ludzkość nie robi z tego zjawiska wystarczająco dobrego użytku.”

„Nikt lepiej nie opisał ludzkiego nienasycenia, niespełnienia i zachłanności niż Zosia w jednym zdaniu. Brzmi ono: »Najlepsze miejsce na namiot jest zawsze trochę dalej«”.

„Janina Turek — gospodyni domowa — przez ponad pół wieku obiektem swoich obserwacji uczyniła właśnie to, co codzienne, więc niezauważalne.”

„Janina Turek widziała wiele, lecz była dyskretna. Nie pozwalała sobie na swobodną interpretację faktów. Nigdy nie sugerowała, że ktoś spacerował w nocy z kochanką. Ewentualnie — z »panią, o której istnieniu żona raczej jeszcze nie wie«”.

„Wtedy się irytowała i mówiła, że nasze pokolenie dotknęło dna: potrafimy siedzieć z kimś w restauracji przy jednym stoliku i nie znać jego nazwiska.”

„Kiedy nieznajoma w pociągu poczęstowała ją mandarynką, Janina odnotowała jedną mandarynkę w »Prezentach otrzymywanych«”.

„Zjedzenie bitej śmietany na deptaku w Rabce-Zdroju odnotowywała jako »wydarzenie towarzyskie«. Dostawało ono numer i w podsumowaniu było tak samo ważne jak przejazd Fidela Castro przez miasto, obserwowany z klombu.”

„»Gdyby mi było dozwolone« — pisała Mansfield — »wznieść jeden okrzyk do Boga, zawołałabym: Chcę być rzeczywista!«.
Janina Turek musiała wracać do tego zdania, bo książka jeszcze dziś otwiera się sama na tej stronie.”

„»Mam towarzyszkę samotności: muchę. Jak jest ciepło w pokoju i gdy coś jem, to fruwa. Tak już jest od kilku tygodni«”.

„To kobieta nieprzystająca do rzeczywistości, jakby lekko unosząca się nad ziemią.”

„— Jestem kronikarką siebie samej. Przecież człowiek starzeje się tak szybko (…).”

„Nie ma znaku, który wyraziłby brzmienie jej głosu. Słowo wypowiada cicho, ale tonem nieznoszącym sprzeciwu. Od takiego tonu wszystkim mężczyznom świata cierpnie skóra, jakbyśmy słyszeli kulkę styropianu przesuwaną po szkle.”

„— Ach, jak ja pana za to nie lubię! — karci go Anna.
— Cudownie się pani oburza, cudownie.
Po chwili do siebie: — Jak dobrze, że się oburza. Wszystko jest lepsze niż obojętność.”

„Przyjdę i powiem, że szczepienie na dur się nie udało i trzeba powtórzyć. Przecież tak też może zacząć się miłość.”

„Jeśli pierwszy akt miłosny ma miejsce gdzieś, gdzie pachną suszone śliwki, to potem już na zawsze ten zapach jest skojarzony z przyjemnością (…).”

„W szpitalu nie było podziału: matka bogata, biedna, wykształcona i nie, wszystkie byłyśmy sobie równe w cierpieniu.”

„A są momenty mojego życia, że czuję się biedna, zamyślona, blada. Jednak mówię sobie: muszę istnieć.”

„JAK PRZESTAŁEM KOCHAĆ DESIGN”, MARCIN WICHA, 2015, KARAKTER

W gdańskim Brzeźnie stoi billboard osiedlowego baru mlecznego reklamującego się hasłem: „Zobacz jak bardzo urosły nam piersi”. „Logo też mają całkiem w cipkę” — zauważyła czytelniczka, kiedy Michał podzielił się na naszym fanpejdżu zdjęciem tej wątpliwej jakości reklamy. Patrząc na takie projekty, nie dziwi mnie, dlaczego Marcin Wicha przestał kochać dizajn. Ku chwale podobnych perełek powstają społeczności zrzeszone na Grafik płakał jak projektował, Brief — co znosi psychika grafika, Polska Szkoła Plagiatu, wyrazem tej frustracji jest też książka Wichy — projektanta, którego estetyczny gust kształtował się od najmłodszych lat za sprawą ojca, cenionego architekta, Piotra Wichy. „Zmarnowałem dzieciństwo i młodość. Nie słuchałem Stonesów ani Depeche Mode. Moimi rockmanami byli graficy” — wyznaje z przekorą autor. I dlatego jest jedną z najbardziej odpowiednich osób, które mogą opowiedzieć o tym, co działo się i nadal dzieje, co było, i jest, złego, a co dobrego w dizajnie.

Książka to zbiór historii często w postaci krótkich anegdot, które spotkały Marcina Wichę. Najpierw w domu rodzinnym — życie z ojcem estetą i idealistą czasem może być trudne, często pouczające, ale bywa też bardzo zabawne. Następnie — podczas pracy w agencji reklamowej. Znajdziemy tu opowieści z życia codziennego jak choćby odwiedziny w sklepie z dizajnerskimi przedmiotami. Ale i przemyślenia czy obserwacje Wichy na temat wzornictwa w Polsce od czasów PRL-u. Autor próbuje odpowiedzieć na pytanie, kim jest dizajner: „Malarz knujący plany. Bardzo mi się podoba takie określenie” oraz jaką rolę ma dizajn. Na to ostatnie odpowiedź nie jest prosta. Ile osób tyle zdań. Dla pewnej grupy projektantów „dizajn musi być uczciwy”, dla innej wręcz przeciwnie — oszukiwanie jest jednym z zadań dizajnu. Dla zamożnej właścicielki galerii handlowej miał być czynnikiem dyscyplinującym i onieśmielającym ludzi. A dla architekta-idealisty „światem, który dostosowuje się do użytkownika”.

Wicha zdobywa czytelnika humorem. Czasem czarnym humorem. Czytając historie, które przytacza, zaśmiejesz się w głos, a potem przypomnisz sobie, że to nie są żarty i zatęsknisz za normalnością. Taką, w której „monsz” hrabiny nie uczy projektantów projektowania. Gdzie plakat nie wygląda jak wielka ulotka. Gdzie Mieszanka Wedlowska jest nadal mieszanką. Autor też tęskni, nie za wzornictwem socjalistycznym, ale… „Tęsknię za tęsknotą. Za znaczeniem, które przypisywałem kiedyś słowu dizajn. Za wiarą w przedmioty”.

kup papierową / kup ebooka / zobacz cytaty z książki

„W opinii branży pogrzebowej Polskę zamieszkują dwa rodzaje ludzi: chrześcijanie i przedstawiciele sekty florystów.”

„Po prostu są ludzie, którym niewłaściwy kolor wtyczki potrafi zepsuć pół dnia. Którzy wolą siedzieć w domu, niż wypoczywać w nadmorskim pensjonacie, gdzie dywany mają ohydny kolor. Nieszczęśnicy udręczeni billboardami gładzi szpachlowej.”

„W tamtym mieszkaniu poznałem wiele prawd o projektowaniu, dizajnie i życiu. Na przykład, że wierność swoim upodobaniom estetycznym — niechęć do papuci, ciapów, cichobiegów i laczków — może nas narazić na poważny konflikt ze społeczeństwem.”

„Nie mówimy już, że przedmiot jest wygodny, funkcjonalny i ładny. Sugerując, że coś jest »przyjazne«, odwracamy porządek rzeczy. Kiedyś człowiek lubił swoje przedmioty i narzędzia. Teraz to przedmiot może obdarzyć nas życzliwością. Albo chociaż tolerować. Nie utrudniać nam życia ponad miarę. To samo dotyczy instytucji, miejsc, czynności:
Przyjazne miasto.
Przyjazne państwo.
Przyjazny hotel.
Przyjazne biuro rachunkowe.
Przyjazne zakupy.
A do tego słoneczne uśmiechy z każdego centymetra ekranu. Jakbyśmy błagali matrycę ciekłokrystaliczną, żeby zaszczyciła nas uśmiechem.
— Polub mnie, polub! Albo chociaż udawaj, że mnie lubisz.”

„Oszukiwanie jest jednym z wiecznych zadań architektury i dizajnu. Pierwsze samochody przypominały dorożkę (koń wziął dzień wolnego, jutro na pewno znów będzie). Pierwszy telewizor przywarował w drewnianej skrzynce i udawał kredens.”

„Wszystkie te guziczki i przyciski, w które klikamy. E-booki udające papier. Koperty oznaczające e-mail. Elektroniczne teczki, skrzynki, kosze na śmieci. Piktogramy, na których telefony wciąż zasłaniają się okrągłą tarczą. Stempelki, kałamarze, pędzelki. Porozumiewamy się z maszyną za pomocą dawnych kształtów. Archaiczne formy mają nas uspokoić.
— Wszystko jest po staremu. To nadal wasz świat, możecie się w nim odnaleźć. Tylko róbcie, co trzeba. My zajmiemy się resztą.”

„Zmarnowałem dzieciństwo i młodość. Nie słuchałem Stonesów ani Depeche Mode. Moimi rockmanami byli graficy.”

„Powiem ci, czego chcą ludzie. Chcą, żeby wreszcie było porządnie wydrukowane, kolorowe i błyszczało. Żadnych metafor. I żeby było widać, że artysta uczciwie się napracował.”

„Klienci lat dziewięćdziesiątych mieli w oczach żar.
— Jestem brand managerem piegusków — przedstawiła się pani.
— Zawsze chciałem panią poznać — zapewniłem.
Nigdy nie zapomnę spojrzenia, którym mnie obrzuciła. Nie chodziło o moją nieuprzejmość. Raczej o bluźnierstwo. Zetempowcy wolnego rynku nie pozwalali uchybiać brandom. Kilka lat wcześniej, w dekadencji PRL, można było drwić z wszystkiego i wszystkich. Nagle przyszedł kapitalizm i wszyscy spoważnieli. Ogłoszono koniec ironii. Ironia był matką odstępstwa. Synonimem wyższości. Wyniosłości. Zarozumialstwa. Nikt nie miał zamiaru płacić zarozumialcom.”

„»Wszystko jest skomplikowane« — to motto mojej firmy, znane także jako Klątwa Hydraulika. Istnieje legenda miejska, że jeśli pewnego dnia hydraulik spojrzy na kolanko i powie: »drobiazg, zaraz naprawimy«, to rozlegną się trąby archanielskie i niechybnie nastąpi koniec świata. Na szczęście nieprędko usłyszymy te słowa. Hydraulicy i projektanci wiedzą, że nic nie jest proste.”

„»Dziwny mamy zawód«.
Tak powiedział mój szef w pierwszej pracy. Robiliśmy projekt dla firmy telekomunikacyjnej. Po czternastu godzinach przy komputerze i Bóg wie ilu korektach, przedstawiciele marketingu wciąż dzwonili, że słoneczko jest nie dość wesołe, że ma ironiczny wyraz twarzy, pogardliwie wykrzywia wargi itd. Przez czternaście godzin poprawialiśmy uśmiech słoneczka. Dziwny zawód.
Od tego czasu zdobyłem dużo doświadczenia. Brałem udział w dyskusjach na temat wyrazu twarzy nosorożca (»ma wyglądać jak władca, ale dobry i sprawiedliwy«) i charakteru jaszczurek. Wygładzałem zmarszczki. Odchudzałem. Usuwałem ze zdjęć rozstrzelanych członków politbiura… A nie, to nie ja. Za to bez mrugnięcia okiem odpowiadałem na maile treści: »Laptop powinien się ładniej uśmiechać. Teraz jego uśmiech wygląda jak tory kolejowe i kojarzy nam się z filmami grozy«.”

„— Nic nie powiem — odparła. — Ja się nie znam, ja się nie interesuję. Ale ja to pokazałam mój monsz. Mój monsz, on jest Anglik. I mój monsz, Anglik, popaczył i powiedział: to jest fish. Riba. Riba to jest morze. Tutaj nie ma morze. Nie ma morze, nie ma riba, nie ma sens!”

„Płynął z tego morał kolorystyczny: szarość to suma wszystkich podjętych decyzji. Na skali barw zajmuje miejsce nazywane »i tak wszystko jedno« (»wyjdzie na to samo«).
Szarość jest beznadziejna i bezpieczna. Zapewnia, że na nic nie mamy wpływu.
Kolory niosą ryzyko, w ich świecie jesteśmy jak więzień po długim wyroku, wolni i niedostosowani.”

„Po pierwsze: nie to jest ładne, co jest ładne, tylko to, co się komu podoba. Mnie osobiście podoba się malarstwo olejne, a szczególnie koń w galopie… Inne rzeczy też, ale najlepiej, kiedy artysta namaluje konia w galopie. Na urodziny dostałem od małżonki takiego konia.”

„Ludzie, którzy jeszcze przed chwilą zgodnie współpracowali, zamienili się w najgorszych wrogów. Rozpętał się zaciekły spór, bez szans na kompromis czy porozumienie. Tak już jest, kiedy zaczyna się rozmowa o kolorach.”

„Kiedy prace sprzed roku nie zawstydzają swego autora, to znak, że artysta przestał się rozwijać. W ogóle lepiej nie otaczać się własnymi obrazami i projektami. Jak by to ujął Adrian Mole: »Nawet Rembrandt nie mieszkał w kaplicy Sykstyńskiej w Wenecji«”.

„Jednak mój ojciec był jak producenci samolotów. Kiedy dochodziło do katastrofy, zawsze twierdził, że technologia była ok. Zawinili ludzie.”

„Właśnie tym był dizajn, przynajmniej w oczach mojego ojca. Światem, który dostosował się do użytkownika. Zamiast wyginać człowiekowi kręgosłup i przyciskać mu głowę do piersi, przestrzegając »Uwaga, niski sufit« (czarno-żółte paski i tabliczka »Pamiętaj o kasku«), dizajn obiecywał tolerancję, a w każdym razie — wyrozumiałość.”

„DIZAJN (…) cel, zamiar, zamysł.
DIZAJNER (…) rysownik, malarz; obmyślający coś, knujący plany.
Malarz knujący plany. Bardzo mi się podoba takie określenie.”

„Ciągle jesteśmy wzywani, żeby się w czymś zakochać. Ratusz proponuje, żeby się zakochać w Warszawie. Harcerze, żeby się zakochać w harcerstwie. Importerzy alkoholu — w tequili. Nawet ulotkę o segregowaniu śmieci opatrzono logo „Zakochaj się w zielonej Warszawie”. Nie można oddzielać mokrego, suchego i szkła, jeśli nie zalewają nas fale uczucia.
Kochamy Polskę. Kochamy wypieki. Kochamy buty. Trwa marketing miłości, nieustająca komedia romantyczna. Ale zakochać się w dizajnie?”

„Opowiadamy, zawsze gotowi obrócić wyznania w żart. Zakpić samemu, zanim wyśmieją nas inni.”

„JAK POKOCHAĆ CENTRA HANDLOWE”, NATALIA FIEDORCZUK-CIEŚLAK, 2016, WIELKA LITERA

Lubię obserwować ludzi na Instagramie, to moje wstydliwe hobby. Oni różnią się od tych z rzeczywistości, są jednocześnie mniej prawdziwi i bardziej sobą. Co to znaczy? Już wyjaśniam. Masz przed sobą Instagram młodej modelki, która zaczyna karierę — spodziewasz się mnóstwa selfie i zdjęć z sesji. Spodziewasz się, że jest pewna siebie, może nawet lekko arogancka. Wie, że faceci patrzą na nią z pożądaniem, a kobiety z zazdrością. Z zaskoczeniem odkryjesz, że ilość zdjęć jej kota, przyjaciół i miasta, w którym mieszka jest zdecydowanie większa niż ilość zdjęć z ręki, czy wykonanych w zachwycającym anturażu przez utalentowanych fotografów. Kobieta, na co dzień pani kierownik, surowa, wymagająca i zimna, zawsze elegancka i, jak ci się wydaje, zbyt poważna, żeby do sklepu iść na pieszo, publikuje swoje zdjęcie, gdzie siedzi na śniegu w stroju narciarskim z zamyśloną miną, w tle góry. Powiecie, że to tylko na pokaz, ale ja wierzę, że ta chwila „słabości” — zamyślenia, nie była planowana, a dzielenie się nią, to próba niezatracania siebie w pozie wymagającej szefowej.

Nie wierzę, że nie ma ludzi, którzy udają w życiu, ale odkrywają się w internecie. I na odwrót, jest mnóstwo osób, którzy swoją szarą codzienność, nudę lub problemy tuszują wymuskanymi zdjęciami w mediach społecznościowych. Najbardziej wyrazistą grupę tych drugich stanowią świeżo upieczone matki. Najbardziej wyrazistą, bo zmiana z artystki, fotografa, dziennikarki, czy nawet koleżanki ze studiów w matkę, jest na Instagramie tak rażąca, że trudno to zrozumieć, a jeszcze trudniej opanować rozczarowanie. „O nie, kolejna matka, której odbiło na punkcie swojego dziecka” — od razu ciśnie mi się na usta i przy kolejnym zdjęciu różowego bobasa przestaję obserwować takie konto. Ta sytuacja trochę zaczęła mi się rozjaśniać, kiedy znajoma napisała dość proste i wydawałoby się oczywiste zdanie: „Życie na urlopie macierzyńskim nie jest super ekscytujące”. „Pokazują milion zdjęć swojego dziecka, bo ich życie kręci się tylko wokół niego?” — pomyślałam. Ale jeśli tak, to czemu wszystkie udają, że to taka super przygoda i nie pokazują, jak naprawdę wygląda ich dzień? Zamiast „patrz, jak mój dzidziuś pięknie rośnie, jakie ma ładne ubranka i dizajnerskie zabawki, jak łapie swoimi małymi rączkami książki tatusia — będą z niego ludzie”, zamiast oglądać kolejne zdjęcia jej dziecka, różniące się tylko miejscem, w którym bobas leży i ubrankami, które na sobie ma, wolałabym zobaczyć zdjęcia potarganej matki z podpisem: „zasnął, wreszcie mogę się uczesać”, wolałabym patrzeć, jak zmienia się jej ciało, jej dom, jej życie i przyzwyczajenia. Mam silne wrażenie, że o ile modelki na Instagramie potrafią być autentyczne, o tyle matki już nie. Wory pod oczami, stosy pieluch, zaślinione przedmioty, poplamione ubrania, porozwalane zabawki, narastająca frustracja to nie są rzeczy do pokazywania w socjalach? Mam inne zdanie. Sami zaczynamy zakłamywać rzeczywistość, tak jak od lat zakłamują ją reklamy. A przecież dlatego nie lubimy reklam.

Prawdopodobnie na Instagramie nie znajdziecie prawdziwego macierzyństwa, ale znajdziecie je w nagrodzonej Paszportem Polityki książce Natalii Fiedorczuk „Jak pokochać centra handlowe”. „O nie! Ta książka jest o dzieciach” — pomyślałam, będąc już od jakiegoś czasu zniesmaczona dziecięcym tematem. Jednak często kieruję się opinią autorytetów lub osób, które rzucają trafnymi argumentami: „Idź do tego dentysty, jest miły, przystojny i zawsze daje znieczulenie” — Starsza siostra. „Zazdroszczę Natalii, że wpadła na pomysł opisania tego wszystkiego przez pryzmat wizyt w centrach handlowych, które uważamy za coś nieważnego i wstydliwego. Opisanie nieopisanego i uniwersalnego jest prawdziwym zadaniem literatury i to zadanie zostało w tym tekście spełnione” — Małgorzata Halber. „Nie wiem zupełnie, czy tę książkę powinny czytać kobiety, ale wiem na pewno, że powinni mężczyźni” — Filip Springer. Jeśli powinni mężczyźni, to może ja, która o macierzyństwie wie tyle, co przeciętny mężczyzna, też powinnam?

Fiedorczuk wyjaśnia, że książka, którą oddaje czytelnikowi, jest na granicy reportażu i prozy. Jest wynikiem rozmów z matkami, które doświadczyły depresji poporodowej i ich bliskimi. Autorka kupiła mnie lekkością, z jaką pisze, pomysłem wokół którego buduje fabułę i otwartością, z jaką mówi o macierzyństwie. Masz takie samo prawo, cieszyć się z narodzin wymarzonego dziecka, jak i mieć depresję po jego urodzeniu. Książka faktycznie jest pozycją obowiązkową dla facetów — bo powinni wiedzieć, dlaczego matka ich dziecka, jest sfrustrowana, czemu ma ataki złości i dlaczego nie powinni sobie z nimi radzić, zostając dłużej w pracy. Jest też dla matek, które miały depresję — nie jesteś gorszą matką, bo nie cieszyłaś się po urodzeniu dziecka. I dla matek, które jej nie miały — nie jesteś lepszą matką, bo dziecko to sens twojego życia. I dla wszystkich, którzy dzieci nie mają. Książka porusza wiele problemów, nie tylko depresję po porodzie. Mówi o tym, jak źle może być w szpitalu, jak nieprzyjemne pielęgniarki i lekarze mogą odbierać twój poród (lub poród twojej żony). O tym, jak społeczeństwo będzie cię oceniać w roli matki i o tym, że zawsze będą wiedzieć lepiej, co robisz źle. O problemach, które mogą się pojawić w Twoim związku, w twojej pracy, w relacjach z przyjaciółmi, kiedy na świecie pojawi się ten mały człowiek. A jak się do tego wszystkiego mają centra handlowe? To jest właśnie najlepsze! Przeczytajcie.

kup papierową / kup ebooka / zobacz cytaty z książki

„Niektórzy boją się zmian, nawet jeśli miałoby to być podłączenie nowego stereo.”

„Moje miłości były poszarpane i okropne. Im bardziej obsesyjnie zajmował mnie jakiś chłopiec, tym byłam dla niego złośliwsza, okrutniejsza, tym ostentacyjniej łypałam na innych, tym chętniej przyjmowałam inne hołdy i honory.”

„W ciąży przytyłam dwadzieścia pięć kilogramów, ze szczupłej, wysokiej i atrakcyjnej kobiety zamieniłam się w ociężały i zmęczony kawałek mięsa.”

„Ta kompulsywna czystość jest jedynym aspektem mojego życia, nad którym mam kontrolę. Nie mam kontroli nad ciałem, wliczając w to bolące jak skurwysyny piersi, ataki wilczego głodu w czasie karmienia i napawające trwogą, nieprzystające do żadnych kanonów kształty. Nie mam kontroli nad snem. Wydaje mi się, że nigdy już nic nie wymyślę, nie wyjdę poza to trwanie, to czekanie.”

„Bo wiecie, panie i panowie, ja po prostu nie mogę, jak boli tam, na dole, w słabiźnie. Pewnie podobnie, no ale inaczej, odczuwałby facet dwudziestogodzinne kopanie w jaja.”

„Trudno jest pisać o cierpieniu w sposób wiarygodny. Do tej pory ciężko mi jest siebie przekonać, że emocjonalny, niefizyczny ból może być realny. Z drugiej strony zaś depresja potrafi chronić przed tym rodzajem bólu, który mimo że wciąż pozostaje subiektywny, jest uzasadniony. Tak jak karatecy hartują piszczele, uderzając w nie rytmicznie drewnianym lub metalowym prętem, tak osoby znające stały, wolno płynący ból (również ten emocjonalny) mogą znosić lepiej niespodziewane fizyczne niedogodności.”

„Mąż nie rozumie, dlaczego nie umiem zwyczajnie, miło, między pierogowymi kęsami, powiedzieć mu: »Proszę, wracaj wcześniej do domu«. Ja zaś nie umiem pojąć, dlaczego »wracaj wcześniej do domu« ma być jakąś wyjątkową sytuacją, w której wyjątkowo i w dodatku, kurwa, jeszcze miło go o to proszę, składam coś w rodzaju podania o zwolnienie warunkowe, o akt łaski.”

„Pielęgniarki, w swoim uporze i kulcie pozytywnego myślenia jako najlepszego analgetyku, przypominały internetowych supermenów, którzy osobom na skraju samobójstwa doradzają sport na świeżym powietrzu, fitness i kosmetyczkę.”

„Oglądam te moje albumy w telefonie, moje głęboko skrywane skarby i czuję się zażenowana swoim uciekaniem od rzeczywistości, swoim pociągiem do kłamstwa i kadrowania. Jednak nie przestaję oglądać, przesuwam palcem po dotykowym ekranie i kasuję zdjęcia, na których wyglądam grubo, co za próżna suka.”

„Czuję się jak debil z klasy średniej, który raz do roku wrzuci do puszki i raz do roku z koleżankami, przy grzanym winku czy kawie, będzie pakować szlachetną paczkę, czując ciepło, sytość i samozadowolenie.”

„Kupno piżamy, posprzątanie podłogi, umówienie do lekarza. Moja mało wyrafinowana droga do powiedzenia: »Pamiętam o tobie«. Wciąż lubię kupować mu czekoladki. Wciąż jestem nieporadna i sztywna, kiedy domaga się czułości.”

„Najbardziej lubię opowiadać o nim, kiedy nie słyszy. Wtedy przypominam sobie, jak bardzo jest ważny, potrzebny, mój.”

„Mąż powoli odsuwa na wpół opróżniony talerz. Patrzy na mnie ze wściekłością i wiem, że chętnie wyplułby ten na wpół przeżuty pieróg z powrotem na talerz.
Jeżeliby to zrobił — myślę — jeżeliby to zrobił, to jebnęłabym tym talerzem o ścianę.
Jeżeli ona jebnie tym talerzem o ścianę, to przewrócę krzesło i wybiegnę na szluga — myśli mój mąż, widząc mój nieestetyczny, czerwonawy, płaczliwy gniew. (…)
Jeżeli on spróbuje wybiec na szluga, to przytrzymam go za kaptur bluzy i zacznę naprawdę z wielką wściekłością mówić, mówić prosto przed jego twarzą — myślę. (…)
Jeżeli ona zacznie, trzymając mnie za kaptur i próbując powstrzymać przed wyjściem z domu na papierosa — myśli wtedy mój mąż, a ja wpatruję się stalowym wzrokiem w jego niechlujny, parodniowy zarost i jajeczną plamę na koszuli. — Jeżeli ona wtedy zacznie trzynaście centymetrów przed moją twarzą, ze zmrużonymi oczami i wykrzywioną gębą syczeć mi, jak bardzo ona jest zmęczona i jak bardzo ja nic nie robię, to przyrzekam, wepchnę ją do łazienki i przytrzymam drzwi krzesłem, dopóki się nie uspokoi — tak myśli mój mąż.”

„(…) »Podziwiam cię za tą decyzję« — przy czym sformułowanie „podziwiam” ma pewien szczególny, pasywno-agresywny wydźwięk. Przecież doskonale wiem, że nie podziwiają, tylko dziwią się.”

„Moje ciało służy innym, mimo że dzieci opuściły gościnne podwoje mojej macicy, a ich usta nie zasysają się chciwie na sutku: od rana do wieczora jestem gnieciona, szczypana, obejmowana za nogi, służę za ściankę wspinaczkową, poduchę i kołdrę. Dzieci miętoszą moją skórę, zaciekawione szczypią i wbijają palce w miękkie, pomarszczone rewiry. Godzę się zatem z wizualną przemianą tego ciała i przez większość czasu zapominam, że je mam, bo go nie mam, nie jest moje, już nie jest moje.”

Za książki dziękujemy księgarni Virtualo i wydawnictwu Dowody na Istnienie (fajnie było dostać „Martwą dolinę” dwa tygodnie przed premierą!). Na zdjęciach widać jeden z naszych czytników — inkBOOK Classic.

Dodaj komentarz