Skrawki #10: śnienie III

Rana na dłoni otwiera się raz na kilka miesięcy. Właściwie nie krwawi, jedynie nieco piecze i boli w momencie rozciągnięcia pęknięcia na boki, kiedy skóra wokół napina się. Przybiera kształt litery S, a czasem jest po prostu bolesną, kilkucentymetrową kreską, z wąskim dnem i wybujałymi, nieco zaczerwienionymi bokami. To się nie dzieje teraz, to dzieje się w przeszłości, tej, która już nie istnieje inaczej, jak tylko w czyjejś głowie. Jej głowie. Ona obserwuje ranę ukradkiem, odwracając dłoń pod stołem. Otwiera ją i zamyka, bawiąc się w ten dziwnie okrutny sposób pomiędzy jednym jestem a drugim, udając zainteresowanie konwersacją. Jest tak daleko od domu, a ta rysa biegnąca wzdłuż linii papilarnych zakotwicza ją, gdzieś tam właśnie, nigdzie indziej, dokumentnie. Rozciąga jej ciało w poprzek kontynentu i nie pozwala ani na chwilę zapomnieć, jak się nazywa i skąd się tu wzięła.

Malutki czerwony samochód pamięta czasy, których ona nie może znać. W środku jest wszystko, czyjś cały świat, na siedzeniu pasażera ręcznik, szybkim ruchem przerzucony na tylne fotele. Znajduje się w nim też szczupły żylasty mężczyzna, uroczo kaleczący obcy język jeszcze bardziej obcym akcentem. Stoją teraz przed bardzo ładnym domem, na zadbanym tarasie grill, wewnątrz pedantycznie uprzątnięte sypialnie oczekujące gości. Konwersacja jest powierzchowną wymianą uprzejmości, niczym więcej. Ona rozgląda się dokoła unikając w ten sposób jego wzroku, on obserwuje uważnie każdy jej ruch. Osiedle identycznych posiadłości widowiskowo położone na wzgórzu porośniętym winoroślami zamiera w oczekiwaniu.

Nic się nie dzieje. Tylko jakby czas wstrzymał oddech. I cisza.

Jest już gdzie indziej, tam gdzie początek, tam, gdzie kotwica. Zwalnia przed przejściem dla pieszych i w tym momencie uderza wszystko, zaistniała przeszłość, niemożliwa do zrealizowania przyszłość i to, co umyka w chwili zaistnienia, nieuchwytne teraz. Wspomnienie odległe, patrzy na nie z pozycji pozornie obiektywnego obserwatora, widząc jak obraz przecinają pęknięcia, podobne temu na jej dłoni, początkowo pojedyncze, ale w zastraszającym tempie mnożące się właśnie tutaj, w tym właśnie momencie, na jej oczach, przenikające każdy fragment wytartego kadru, aż ten pęka definitywnie, pęka nieodwracalnie i z hukiem rozpada się na tysiące drobnych fragmentów niemożliwych już nigdy do złożenia w jedność. Suma wszystkich nieszkodliwych uderzeń, jak skumulowane mikrourazy głowy pięściarza, powodujące nieodwracalnie rozległe uszkodzenia mózgu. Niby nic, a sieje spustoszenie.

Przy przejściu dla pieszych stoi samotny słup z ogłoszeniami, skrzętnie zalepiony jednym, powtórzonym wielokroć banalnym zdaniem, czarne litery prostej czcionki na białej płachcie papieru. Pierwszy jest lekki zawrót głowy, wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fala ciepła, która w następnej sekundzie zalewa ją bezlitośnie, towarzyszący jej rozpędzający się rytm serca z kilkoma znaczącymi potknięciami i kropelki chłodnego potu wstępujące na blade czoło. Ona oddycha płycej, szybciej, choć to oddech, który zamiast nieść w sobie życiodajny tlen, jedynie podsyca stan paniki, tak łatwo opanowujący jej zazwyczaj spokojne ciało. Litery rozjeżdżają się, by w końcu znów stworzyć czytelny przekaz. Bez względu na to, kim jesteś, jesteś czyimś ideałem. Patrzy na ten frazes, coraz mniej zdumiona, choć jej oczy robią się większe i większe wciąż, aż w końcu zajmują już prawie całą jej twarz. I rośnie w nich gniew, najczystsza z możliwych, wszechogarniająca wściekłość. Rozumie, że to koniec. Nic już nigdy nie będzie tak samo. Co gorsza, nie ma wygranych.

Ludzie, którzy byli świadkami tego małego dramatu myśleli, że kolejna wariatka wpadła w mały, zupełnie nieszkodliwy szał. Dziewczyna w sukience w kwiaty stojąca na środku ulicy z wściekłym zapałem zrywała plakaty oklejające jeden ze słupów. Zrywała je, jeden po drugim, bardzo dokładnie, a następnie darła każdy z nich, w tym lekko dzikim amoku, na najdrobniejsze z możliwych kawałeczki, rozrzucając je wokół siebie niczym konfetti. Robiła to w całkowitej ciszy, za ścieżkę dźwiękową agresywnej pantomimy służył jedynie popołudniowy zgiełk miasta. Po wszystkim osunęła się, wykończona atakiem, plecami oparta o nieszczęsny słup, czubki butów pokrywały drobno podarte płatki papieru, przypominające śnieg.

Wiosna 2016

Ilustracja Moniki Marchewki.

Dodaj komentarz