Skrawki #11: bulion

Potrafiła powiedzieć coś tak rozbrajającego, że w pierwszej chwili nie wiedziałem, jak reagować. Jej obecność każdorazowo wnosiła do tego bezpłciowego mieszkania jakiś rodzaj nieokreślonego ciepła, jakąś jasność taką, trudną do zdefiniowania… Sam nie wiem. Brakuje mi tego. Tego też, pośród mnóstwa innych rzeczy. Oczywiście bywała denerwująca, czasami nie do zniesienia wręcz, chorobliwie zazdrosna albo niepokojąco wycofana, ksobna i kapryśna. Bywały takie dni, kiedy nie potrafiła wyjść z domu, odwoływała w ostatniej chwili wszystkie spotkania, ambitne plany zamieniała na godziny przeleżane w łóżku. Gotowałem jej wtedy zupy. Najróżniejsze. Najbardziej lubiła krupnik i minestrone. Tak, krupnik to zdecydowanie było to. Gotowałem jej wszystkie zupy świata, oprócz rosołu. Nigdy nie zrobiłem dla niej rosołu. Nienawidzę rosołu. To jakiś smutny żart, nie zupa, kulinarna ślepa uliczka. Potrafię zrobić rosół, dobry rosół, jeśli coś takiego w ogóle istnieje, ale nigdy nie ugotowałem jej rosołu. Rosół to porażka. Zamiast rosołu — bulion, podstawa każdej szanującej się zupy. Bulion to kwintesencja wszystkiego. I jak leżała tak, milcząca, w łóżku zwinięta w kłębek, czasem z książką jakąś, ale raczej bez — nie potrafiła w tych momentach trudniejszych skupić uwagi na czytaniu — leżała tak, a ja gotowałem. Cierpliwie doprawiałem i mieszałem, dusiłem i podsmażałem. Cebula, czosnek, kilka kropel sosu sojowego, suszone grzyby i ziele angielskie. Czekałem, aż zapach sprawi, że owinięta kołdrą przydrepcze do kuchni i, nie do końca uczesana, zajrzy ponad moim ramieniem, stając na palcach, wprost do wielkiego gara.

— Co robisz?
— Gotuję bulion
— Opowiedz mi o tym
— Gotuję bulion wołowy
— Pięknie pachnie…
— Chcesz spróbować?
— Zdajesz sobie sprawę, że bulion jest niebezpiecznie blisko rosołu?
— Nie bluźnij. Rosół to gotowana woda z tłuszczem, a bulion… Bulion może być punktem wyjścia dla czegoś wspaniałego
— To zupełnie jak ja.
— Tak.
— Jestem bulionem

I siadała w fotelu, wciąż zawinięta w kokon z kołdry, patrzyła w sufit albo zapalała papierosa. Wtedy była najbardziej moja. Najsłabsza i najmniej zdecydowana, by odejść. Tylko moja, tuż przed odejściem. Potem jadła zupę i wracało w nią życie. I widziałem, jak zaczyna orientować się, że jest już zbyt silna, by mnie potrzebować. Na początku to były tygodnie, potem dni, ostatnio godziny. I stawała się, na chwilę przed, tak niemożliwie szczęśliwa, przesadnie pewna swojej szczęśliwości, bezmyślnie radosna. Mogę nie poradzić sobie z całym tym szczęściem, mówiła, a ja śmiałem się z tego, za każdym razem myśląc — idiota! — że żartuje. A potem kląłem się w duchu za swoją naiwność, gotując, wciąż od nowa, wciąż więcej, bulionu. Ostatnim razem było go po kostki. Brodziłem w stygnącej powoli, ciemnej, ale przejrzystej, cieczy, jakbym brodził w jeziorze w letni, pogodny dzień.

Lubię gotować. Zawsze lubiłem. Mam nawet swoją restaurację. Nigdy nie podajemy tam rosołu.

Odchodziła ode mnie kilka razy, zawsze pewna, że wiem, gdzie idzie. Odchodziła teatralnie, w wielkich, ciężkich sukniach, boso, tak to pamiętam, choć pewnie to nieprawda. Włosy w apokaliptycznym nieładzie, rozmazany granatowy tusz na powiekach, spierzchnięte usta i krzyk. Odchodziła ode mnie wiele razy, odchodziła tylko po to, by wrócić. Zawsze wracała po śladach. Stawała w drzwiach, znów nieszczęśliwa, ale spokojna, wypłukana z histerii i wrzasku. Czysta. Przejrzysta. Pięknie przekonująca prosiła, bym ją nakarmił. Odchodziła ode mnie już tyle razy, nie pamiętam wszystkich, ale tym razem jest inaczej, zupełnie inaczej. Tym razem nie wiem, gdzie poszła. Nie mam pojęcia, gdzie jest.

Bulionu jest po kolana. Nie przesadzam, do kolan sięga mi ten warzywny wywar, nad którym pracuję bezustannie od ponad tygodnia. Obserwuję swoje łydki utopione w nim już całkiem i czekam. Oddech spokojny, choć serce bije jakby szybciej, niż zwykle. Wciąż czekam. Powódź coraz większa, na powierzchni pozostaję już tylko od tułowia w górę. Może kiedyś wróci. Musi. Czuję, jak mokre macki oblepiają mi barki i podbródek. Gdybym usiadł na kuchennym taborecie, to zniknąłbym zupełnie. Gdzie ona jest? Czemu jeszcze nie dzwoni do drzwi? Musi wrócić, musi, nie ma innego wyjścia. Robię przecież najlepszy bulion w tym pieprzonym mieście.

Jesień 2015 — Jesień 2016

Ilustracja Moniki Marchewki.

Dodaj komentarz