Skrawki #12: Laura

W moim świecie jest Duża Laura i Mała. Niewiele więcej poza tym. Tak naprawdę Dużej Laury już nie ma i to jedyne, co ma znaczenie. Jest milion poradników, jak żyć po stracie bliskiej osoby. Jest słowo wdowiec, które określa takich mężczyzn jak ja, nawet fragmentarycznie nie oddając bólu i pustki, z którą nierozerwalnie się wiąże. Jest rodzina, przyjaciele, bliscy i ci dalsi znajomi, są oni wszyscy i mówią, że rozumieją, chociaż nie mają pojęcia. Jest mała dziewczynka, której genetyka zapamiętała najdrobniejsze szczegóły i nawet, jeśli ty na chwilę przestajesz pamiętać, przypomina ci je w najmniej odpowiednim momencie. Myślisz wtedy, że to chyba nie jest pół na pół, to musi być jakoś inaczej, bo to małe stworzenie jest jak pomniejszona kopia tego dużego pięknego stworzenia, którego już nigdy nie będziesz mógł dotknąć. I jesteś w tym wszystkim ty, który przytakujesz, przyjmując słowa pociechy, gotujesz obiady, układasz klocki, wychodzisz na spacery, kupujesz sukienki, czytasz bajki i chodzisz do pracy. Jest to wszystko i nic więcej. Tylko tyle. A może aż.

Na początku nie było tak źle. To znaczy było okropnie i nie do zniesienia, ale Mała Laura był naprawdę mała i wyglądała jak każde inne naprawdę małe dziecko. Poza tym, była tu nowa, na tym świecie, i nawet ja, w swoim ówczesnym stanie, rozumiałem, że po prostu nie mogę jej zostawić samej. Było ciężko, to oczywiste, nie wiem jak przetrwałem te pierwsze miesiące, teraz jak o tym myślę, to chyba nic nie pamiętam. Nic, oprócz wszechogarniającej pustki, która przybierała postać czarnej, lepkiej masy zalewającej powoli oczy. Tak, jakby wylewała się z mojej głowy wprost na twarz i spływała w dół, unieruchamiając ciało. Myślałem wtedy, w tych nielicznych momentach, kiedy byłem w stanie myśleć o czymś innym niż to, że Dużej Laury już nie ma, że niemożliwym jest, żeby mogło być jeszcze gorzej. Tamto już dawno za mną, teraz Mała Laura jest większa, wyższa i smuklejsza, coraz bardziej przypomina swoją matkę. Odziedziczyła po niej oczy, oczywiście, nie mogło być inaczej. Są duże, a ich kolor trudny do określenia, coś pomiędzy szarością a zielenią, ale nie do końca. Właściwie można w nich znaleźć wszystko, tylko nie błękit. Moje są niebieskie, prawie niebieskie, bo jest tam też zielony i szary, ale w zupełnie innych proporcjach. Mamy tak samo popierdolone oczy, mówiła Duża Laura, dobrze, że udało nam się odnaleźć na tym popierdolonym świecie. Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych, właściwie przypadkiem, na jednej ze zbyt głośnych i denerwująco radosnych kolacji, pełnych wina i dobrego jedzenia. Przechowuję w pamięci barwne wspomnienie dziewczyny z potarganymi włosami i wyraźną czerwienią ust. Butelka wina w jednej ręce, czapka w drugiej, lekko zarumienione mrozem policzki. Pamiętam ją nie dlatego, że od razu mi się spodobała, niewiele rzeczy na świecie potrafiło w tamtym okresie wzbudzić mój entuzjazm, choć mogłem na pewno stwierdzić obiektywnie, że była śliczna. Dopiero, gdy gospodyni wieczoru przedstawiła nas sobie mówiąc: to jest Laura, Laura wydała niedawno książkę, przy której każdy ma ochotę pociąć się suchą bułką, dopiero wtedy zdobyła moją pełną uwagę. Duża Laura zaczerwieniła się, spuszczając powieki, uroczo zawstydzona, i podała mi rękę. Mruknąłem coś na kształt upośledzonego żartu, niezbyt wyraźnie pod nosem, a ona spojrzała na mnie i zaśmiała się zupełnie szczerze.

Przyjścia na świat Małej Laury nie pamiętam, prawdopodobnie dlatego, że jej pierwszy oddech wiąże się nieodwracalnie z ostatnim oddechem jej matki. To nie ma już żadnego znaczenia. Pamiętam za to doskonale moment, w którym dowiedzieliśmy się, że Duża Laura jest w ciąży. Siadła przy stole naprzeciwko mnie, milczące przerażenie sprawiło, że jej oczy wydawały się jeszcze większe niż zwykle. Wszystko będzie dobrze, powiedziałem, i wtedy naprawdę w to uwierzyłem. Pierwszy raz w życiu poczułem, że jest tak, jak powinno być. Że będę w stanie być przy niej w pełni, cokolwiek się wydarzy. Że nikt właściwszy nie mógłby siedzieć ze mną przy tym stole. Że nie ma nic, co mogłoby to zepsuć. Kretyńska naiwność szczęśliwego człowieka. A potem wszędzie kleista czerń.

W moim świecie jest Duża Laura i Mała. Niewiele poza tym. Mała Laura już wcale nie jest taka mała, a pustka z lepkiej masy o konsystencji smoły, przeobraziła się w zupełne nic. Najpustsza pustka świata. Absolutnie bezbarwne, całkowicie bezkształtne nic, które otula mnie ściśle, niczym kokon. Mała Laura ma trzynaście lat i zaczyna budować swój świat. Udaję, że nie widzę, jak podkrada z domowej biblioteczki książki, których jeszcze nie powinna czytać, uczę ją grać na gitarze. Kiedy wydaje jej się, że nie słyszę, podśpiewuje piosenki, o których istnieniu już zapomniałem. Lubię słuchać, jak śpiewa, to prawie nie boli. I, tak jak na początku, codziennie rano myślę jeszcze nie dziś, jeszcze nie jest ten dzień, kiedy odejdę. Jeszcze tylko zobaczę, jak idzie do szkoły, napisze pierwszą piosenkę na trzy akordy, przeczyta Czarną Wiosnę. Jeszcze nie dziś. Dziś Mała Laura przychodzi do mnie, siada obok na kanapie i kładzie głowę na ramieniu, tak jak kiedyś, dawno temu, robiła to jej matka. Milczy chwilę, a potem cicho mówi musimy sobie jakoś radzić, tato, nie ma innego wyjścia. Jeszcze nie dziś.

Zima 2017

Ilustracja Moniki Marchewki.

Dodaj komentarz