Wieloczłek #1: Cholernie twardy reset

„Wieloczłek” to nowa internetowa zabawa od Róbmy dobrze, w ramach której wszyscy wcielamy się w jedną osobę — głównego bohatera interaktywnej historii. Zaczynamy od dziwacznej opowiastki „Cholernie twardy reset”, czyli mieszanki fantastyki socjologicznej i powieści przygodowej. Zasady są proste: ja piszę kolejny fragment, a potem pytam was za pomocą ankiety, co chcecie, żeby bohater zrobił. Odpowiedź, która zgarnie najwięcej głosów, staje się kontynuacją — i tak w kółko. Zaczynamy.

Istnieje tylko obezwładniające zimno. Jego kolejne fale pozbawiają cię prawdziwości, zmieniając wszystkie części twojej tożsamości w wielobarwne plamy, wyświetlane gdzieś poza życiem. Nie jesteś teraz nikim konkretnym. Jesteś kolorami. Jesteś ostatnim błyskiem przed ciemnością. Srebrną nitką połyskującą na milisekundę przed zerwaniem. Twój organizm wciąż jeszcze żyje, możesz do niego wrócić. Tylko po co? Dlaczego miałbyś na powrót wlewać swoje światło do tego chorego ciała? Jesteś zmęczony udawaniem, że jesteś tym konkretnym zlepkiem komórek. Teraz możesz po prostu… Teraz tańczą kolory, zmieniają się temperatury, migocze światło. Rześkie, chłodne powietrze przenika przez ciebie, ale ty nie musisz go wdychać. Nie musisz nic. A nawet jeśli musisz, nie pamiętasz o tym. Istnieje tylko ten chłód. Nawet te kolory nie istnieją, one są tylko echem poprzedniego świata. Pojawiły się wyłącznie po to, żebyś nie bał się przejścia. One znikną, rozpłyną się w chłodzie. Ale zanim to nastąpi, chcesz ostatni raz zobaczyć to miejsce — betonowe nadbrzeże z zieloną latarnią morską. Rozkazujesz kolorom, żeby przywołały ten obraz, ale one odmawiają posłuszeństwa. Zamiast tego tworzą gigantyczny, wielobarwny wir. Wiesz, po co powstał. Ma wchłonąć to, co z ciebie pozostało. Nagle przestajesz być z tym pogodzony. Próbujesz przywołać obraz tamtego nadbrzeża, ale twoje kolory wyblakły. Już niemalże nie istniejesz, ale nagle, resztkami sił przywołałeś niewyraźny obraz. Okrągłe okienko latarni. Przyciskasz nos do jego szyby. Zawiodłeś się, bo wnętrze jest nudne. Już chcesz odciągnąć głowę i dopiero wtedy twój wzrok ostrzy to, co znajduje się na pierwszym planie, tuż przy szybie, po drugiej stronie. Na pajęczynie siedzi wielki pająk. Wpatruje się w ciebie. Wszystko w tle zaczyna się rozmywać, niszczone przez wir. Ostał się tylko ten pająk. Widzisz go coraz lepiej — ostrzej, ale też bliżej, zupełnie nienaturalnie, jakbyś zmniejszył się do jego rozmiarów i zaglądał mu prosto w oczy, osiem czarnych kulek z zielonkawym pobłyskiem, cztery ogromne, rozstawione w łuk na czubku głowy i cztery mniejsze, ułożone poniżej na kształt smutnej buźki. Wszystko znika, ale tobie udaje się ukryć w oku pająka. „Weź głęboki wdech i trzymaj” — pająk zdaje się mówić w twoich myślach.

Bezlitosny prąd wpycha twoje bezwładne ciało w szczelinę skalną znajdującą się pod wodą. Przytomność odzyskujesz akurat w momencie, gdy wystający, ostro zakończony fragment skały rozcina skórę na twojej prawej łopatce do żywego mięsa. Ból orzeźwia cię na tyle, byś mógł zrozumieć, że zaraz się utopisz. Jakiś wewnętrzny prąd wciąga cię coraz głębiej w szczelinę. Brakuje ci tlenu. Dusisz się. Panikujesz… Ocknąłeś się. Nad sobą widzisz wylot tunelu, z którego najwidoczniej spadłeś. Wytryska z niego strumień, z hukiem spadający jeszcze głębiej pod ziemię, w przepaść, do której zwisają twoje nogi. Jesteś zupełnie nagi. Twoje plecy przylegają do zimnej półki skalnej. Kiedy zaczynasz się podnosić, czujesz, jak twoja łopatka odkleja się od skały, a potem przechodzi przez nią fala gorąca. Odwracasz się, kucając nad niewielką kałużą częściowo zaschniętej krwi, ale natychmiast tracisz równowagę, wpadając zbolałymi plecami na chropowatą skałę. Siedzisz, czując się wykończony. Naprzeciwko siebie, w skale, dostrzegasz jakieś jasnobłękitne kształty. Mimowolnie próbujesz im się przyjrzeć, ale zawroty głowy rozdzielają obraz na troje i poruszają nim we wszystkich stronach. Zaczynasz panikować. Walczysz o spokój, biorąc coraz to większe łyki chłodnego, wilgotnego powietrza. Wsłuchujesz się w hipnotyzujący huk podziemnego strumienia. Zamykasz oczy. Zasypiasz… Swoją prawą dłonią dotykasz oka pająka. Obserwujesz, jak kopia ciebie odbita w szklistej powierzchni powtarza twoje ruchy. Jesteś tak malutki, że mógłbyś mieszkać w środku tej czarnej, połyskującej na zielono kuli.

Budzisz się. Jesteś głodny i wychłodzony, ale mimo tego, czujesz się znacznie lepiej, niż wcześniej. Wyciągasz złożone dłonie w stronę wodospadu i smakujesz wodę. Jest pyszna — orzeźwiająca, z przyjemnym mineralnym posmakiem. Pijesz łapczywie. A potem obmywasz ranę na plecach. Przypominasz sobie o kształtach, które zobaczyłeś na ścianie. Zerkasz w tamtym kierunku, ale niczego nie zauważasz — tylko spory kawałek stosunkowo gładkiej skały. Dziwne. Jesteś pewny, że widziałeś je właśnie tu. Przejeżdżasz dłonią po skale, a potem odpuszczasz. Musisz się stąd wydostać, znaleźć inne miejsce. Cieplejsze i z jedzeniem. Rozglądasz się. Teoretycznie są trzy wyjścia z tej niewielkiej groty, z tym że jedno prowadzi do góry, skąd wypływa strumień — ale to jest droga, której nikt nie pokona bez sprzętu. Więc zostają tylko dwa. Pierwsze prowadzi w dół, dokąd spada wodospad. Drugie prowadzi przez wąski i postrzępiony tunel.

Schodzisz w szczelinę, do której spada wodospad. 57,4%
Wchodzisz do wąskiego, postrzępionego tunelu. 42,6%

Podejrzewasz, że droga przez tunel byłaby bezpieczniejsza, łatwiejsza i prawdopodobnie krótsza, jednak ty, prowadzony jakimś ulotnym przeczuciem, postanawiasz wybrać wodospad. Stoisz na skraju półki skalnej. Mgiełka drobinek wody zrasza twoje nagie ciało, a potem spływa zimnymi strużkami po brzuchu, penisie i udach, pozostawiając po sobie pasy zesztywniałej skóry. Na dole rozpościera się piękny widok. Cały tunel skąpany jest w intensywnym kolorze cyjanowym emitowanym przez świecące skały, jakich w Jaskiniach jest mnóstwo. Przez kilkanaście metrów woda opada niemalże pionowo, prześwietlona przez tę piękną barwę, by później rozbić się o skałę, za którą tunel gwałtownie skręca i chowa się przed twoim wzrokiem. W milczeniu badasz postrzępione kształty, szukając najlepszej drogi zejścia i mamrocząc do siebie pesymistyczne scenariusze. W końcu przesuwasz się odrobinę do przodu, tak, że palce twoich stóp wystają poza krawędź. Zaglądasz w dół, w przepaść, badając zejście od strony, po której stoisz. Dostrzegasz tam przytwierdzoną do skał drabinę, ciągnącą się aż do końca widocznej części tunelu.

Zaczynasz schodzić, dłońmi chwytając za wystające fragmenty skał, a stopami próbując wyczuć jakikolwiek szczebel drabinki. Po twoich plecach spływają duże ilości lodowatej wody. W końcu koniuszek twojego dużego palca spotyka się z dziwnym materiałem. Bardzo przyczepnym, solidnym i miękkim równocześnie, a poza tym, ciepławym, mimo ciągłego kontaktu z wodą. Schodzisz coraz niżej, z zimna szczękając zębami. Gdzieś w połowie widocznej części tunelu, skały świecą tak jaskrawo, że mimowolnie przymrużasz oczy i starasz się odwracać twarz od najjaśniejszych fragmentów. O mały włos przegapiłbyś wśród skał ledwie widoczny zarys dużego prostokąta. Przyglądasz się mu przez dłuższą chwilę, z zaskoczeniem odkrywając, że to są drzwi. Ich powierzchnia jest pokryta wierną imitacją skał, więc pewnie widzisz je tylko dlatego, że są niedomknięte. Bez zastanowienia popychasz je, obserwując, jak szczelina powiększa się, a przez nią zaczyna wypływać pasek intensywnie białego światła. To dziwne, bo nigdy nie widziałeś w Jaskiniach światła takiego koloru. Popychasz drzwi jeszcze mocniej, a twoim oczom ukazuje się ciasna kajuta, w której zmyślnie upchnięto trzy części — mieszkalną, z niewielkim łóżkiem i stolikiem, roboczą, z biurkiem dosuniętym do ściany, a także magazynową, z licznymi wnękami wyżłobionymi w dwóch spotykających się w rogu ścianach.

Masz złe przeczucie, choć nie do końca rozumiesz co oznacza. Obecność łóżka jest mocnym argumentem dla wyziębionego, rannego i wycieńczonego człowieka, ale…

Wchodzisz do środka. 70%
Wycofujesz się i dalej schodzisz drabinką. 30%

Nie chcesz przegapić aktualizacji „Wieloczłeka”? Zostaw mejla, dostaniesz cynk, kiedy dopiszę dalszy fragment:

2 komentarze

    • Nikt nie żyje i nie wymyśla rzeczy w próżni, wiadomo — wszyscy korzystamy z kultury i popkultury, to nas kształtuje. Przez to, że znam różne inne rzeczy pokazane wcześniej w nurcie science fiction, social science fiction i powieści przygodowych, mogę stworzyć opowieść, w której pobrzmiewa ich echo. Jasne. Nawet jeśli nie zrobię bezpośredniego nawiązania do jakiegoś konkretnego tytułu, to przecież nie da się wyrzucić z głowy wszystkiego, co poznałeś — w ten czy inny sposób zawsze nadbudowujesz przeszłość (co jest zresztą piękną rzeczą). Jednak historia, którą tu będę z waszą pomocą rozwijał jest moim pomysłem z przed kilku lat. Można w niej wyczuć echa takich rzeczy, jak powieść „Rok 1984” George’a Orwella czy dwie pierwsze części gry komputerowej z lat dziewięćdziesiątych — „Fallout” i „Fallout 2”, ale bardziej w sensie uganiania się za duchem orwellowskiego ostrzegania przed eksperymentowaniem ze społeczeństwem i wiszącego nad wszystkim nastroju postapokalipsy, niż realnego kopiowania świata i fabuły, bo w tej sferze mało będzie podobieństw. O trylogii, którą wspominasz nawet nie słyszałem. Fajna?
      PS Fajnie, że przeczytałaś. Mam nadzieję, że jeszcze znajdziesz czas na kolejne fragmenty. ::)

Dodaj komentarz